KOMIKS - OSTATNI BASTION VERNE'A?
 POD LUPĄ 
 
  RSS  START  CZYTELNIA  BASTION  LISTOPAD 2001  <<  STRONA 2  >> 

 
Przygody Luthera Arkwrighta

Twórczość Verne'a to oczywiście nie tylko postacie, ale przede wszystkim pewna wizja rozwoju świata. A gdyby historia naprawdę potoczyła się zgodnie z XIX-wiecznymi przewidywaniami? Wyobraźmy sobie, że ludzkość nie doceniła kilku kluczowych wynalazków: silnika spalinowego, tworzyw sztucznych, czy lampy elektronowej, a technologia rozwija się w oparciu o tradycyjne rozwiązania. Świat pełen jest gigantycznych, napędzanych parą pojazdów, przemierzających niebo, lądy i morza. Czy rozwój społeczeństw byłby równie dynamiczny, gdyby nie zmieniły się surowce, sposoby produkcji, źródła energii i środki przekazu informacji? Wyobraźmy sobie zatem, że nie było rewolucji socjalistycznej ani wojen światowych, a monarchie wciąż czerpią potęgę z kolonializmu. Wieczny rok 1914.

Ten malowniczy rodzaj fantastyki ma dziś nawet swoją nazwę: steampunk. Pierwszym takim utworem była pochodząca z roku 1971 powieść "The Warlord of the Air", otwierająca trylogię "A Nomad of the Time Streams" Michaela Moorcocka, wybitnego brytyjskiego pisarza i twórcy Nowej Fali w fantastyce. Za rządów Margaret Thatcher analogie pomiędzy polityką Torysów a wiktoriańskim imperializmem były tak natrętne, że steampunk stał się znakomitym narzędziem walki ideowej. I choć podwaliny gatunku są w oczywisty sposób verne'owskie, a więc francuskie, to Moorcock i jego komiksowi spadkobiercy (radykałowie z okolic Notting Hill) wolą wywodzić go od Williama Hogartha i XVIII-wiecznej angielskiej karykatury politycznej. Steampunk, ucieleśnienie tęsknoty za bardziej cywilizowanymi czasami, znalazł również licznych naśladowców w Ameryce. Ci jednak, nie rozumiejąc politycznych podtekstów, zaczęli utożsamiać go z pseudo-verne'owskimi wynalazkami i mroczną wiktoriańską scenografią. Zresztą to Amerykanie wymyślili w latach 90. etykietkę "steampunk" i teraz przyklejają ją wszędzie tam, gdzie pojawi się choć kawałek maszyny parowej lub sterowca. [1] Dzisiejsze oblicze gatunku dość trafnie definiuje krytyk Douglas Fetherling: "jak zmieniłaby się przeszłość, gdyby przyszłość nadeszła szybciej".

Oprócz steampunku, Moorcock wniósł do kultury masowej jeszcze kilka innych idei, a wśród nich opartą na matematyce chaosu koncepcję multiwersum (multiverse), czyli nieskończonej ilości równoległych wszechświatów (niedawno i to udało się amerykanom skomercjalizować w serialu TV "Sliders"). Pomysł multiwersum dawał pisarzom nie tylko możliwość tworzenia alternatywnych wersji tego samego świata, co praktykowano i wcześniej, ale także ukazywania, niczym w commedia dell'arte, tego samego zestawu bohaterów (w tym bohaterów zbiorowych) w różnych rolach i sytuacjach.

Ideę multiwersum szybko wykorzystał przyjaciel Moorcocka Bryan Talbot, znakomity rysownik i scenarzysta, tworząc na przełomie lat 70. i 80. jedno z najważniejszych dzieł komiksowych wszechczasów - "The Adventures of Luther Arkwright". Liczący ponad 200 stron, czarno-biały komiks doczekał się wielu publikacji w samej Anglii, ale najsłynniejsza i edytorsko najlepsza jest amerykańska 9-zeszytowa seria wydana przez Dark Horse w latach 1990-1991. "Przygody Luthera Arkwrighta" to niezwykle skomplikowana historia, rozgrywająca się w roku 1984 na ogromnej liczbie światów równoległych, z których każdy jest Ziemią, ale historia każdego potoczyła się inaczej. Tytułowy Luther Arkwright jest jedynym człowiekiem zdolnym przemieszczać się między światami multiwersum, zatem tylko on może uchronić je przed zbliżającą się katastrofą. Osią wydarzeń jest steampunkowy świat o numerze 00.72.87, w którym wciąż potężne są Prusy - kolebka rewolucji przemysłowej, władająca Indiami Rosja, Republika Francuska panująca nad znaczną częścią Afryki i Austria. Słaba i podzielona Ameryka nie odgrywa żadnej roli w światowym porządku. Anglią targa wojna domowa pomiędzy zwolennikami monarchii, a będącym u władzy purytańskim reżimem pod wodzą Cromwella. Groźba rojalistycznej rewolucji zmusza mocarstwa do interwencji, co kończy się ich ostateczną klęską. Lewicujący autor sporo uwagi poświęcił też proletariatowi. Po wielu latach Talbot dopisał do swego arcydzieła ciąg dalszy. W roku 1999, znów nakładem Dark Horse, ukazał się 9-częściowy komiks "Heart of Empire: The Legacy of Luther Arkwright". Na Ziemi równoległej 00.72.87 w 20 lat po zwycięstwie rewolucji Albion jest u szczytu kolonialnej potęgi. Prawie cały świat podporządkowany jest koronie brytyjskiej, ale w samej metropolii narasta niezadowolenie. W wyniku przygotowanego przez Watykan zamachu ginie królowa Anna. Młoda księżniczka Wiktoria przejmuje władzę tylko po to, by proklamować republikę i abdykować. Wizualnie komiks ten jest szczytowym osiągnięciem Talbota. Na kartach "Heart of Empire" ożywa techno-wiktoriański świat, co po części jest również zasługą kolejnego Brytyjczyka, Angusa McKie, mistrza komputerowego koloru. Wrażenie podróży w czasie potęgują wymyślone reklamy i teksty redakcyjne stylizowane na epokę (to przypadkowa zbieżność z komiksami Alana Moore'a - obie serie ukazywały się równocześnie). Oprócz steampunkowej scenografii, obydwie części "Przygód Luthera Arkwrighta" łączy z "Ligą Niezwykłych Dżentelmenów" jeszcze jedno: zabawa w rozpoznawanie postaci, symboli i kontekstów, ale tym razem jest to powtórka nie z literatury, a z historii.
                      

[1]  Termin "steampunk" powstał nieco wcześniej - po raz pierwszy pojawił się w wywiadzie prasowym już w roku 1987. Przeczytać o tym można tutaj. [październik 2005]

 
Stary wspaniały świat

Ostatnie lata XX wieku to okres fascynacji fin-de-siecle'em. Na łamach komiksów mnożyły się nowe przygody Sherlocka Holmesa, Tarzana, Johna Cartera, czy Kuby Rozpruwacza. W roku 1993 swoje trzy grosze dorzucili do steampunku kolejni dwaj Brytyjczycy: scenarzysta Grant Morrison i rysownik Steve Yeowell. Ich trzyczęściowa miniseria "Sebastian O" wydana została przez Vertigo, "podwydawnictwo" DC adresowane wyłącznie do dorosłych czytelników. Opowieść rozgrywa się w latach 1890. w środowisku londyńskich dandysów. Maszyny różnicowe Charlesa Babbage'a umożliwiają już stworzenie wirtualnej rzeczywistości, a nawet sztucznej inteligencji, co pozwala zastąpić królową Wiktorię programem komputerowym. Komiks, jak większość dzieł Morrisona, jest bardzo dekadencki.

Rok 1995 przyniósł początek kilku powiązanych z sobą serii amerykańskiego wydawnictwa Tekno-Comix. Autorami przedsięwzięcia byli prawie wyłącznie Brytyjczycy, związani wcześniej z angielskim magazynem 2000AD: Rick Veitch i Paul Jenkins (scenarzyści), Bryan Talbot (scenarzysta i rysownik), David Pugh i Al Davison (rysownicy) oraz Angus McKie (kolorysta). Desantem wyspiarzy dowodził niekwestionowany gwiazdor wśród scenarzystów komiksowych Neil Gaiman, który tym razem stworzył tylko główne postacie i zarysy fabuły. Pierwsza z serii, "Mr. Hero - The Newmatic Man" to 18 zeszytów o przygodach wiktoriańskiego robota, napędzanego silnikiem parowym i myślącego za pomocą maszyny różnicowej. Następna, 10-częściowa seria "Teknophage" i jej 6-częściowa kontynuacja "Phage: The Shadow Death" to wyjątkowo zjadliwa satyra systemu kapitalistycznego, a jednocześnie komiks niezwykle przygnębiający i okrutny. I wreszcie "Wheel of Worlds", 2-częściowa klamra spinająca pozostałe serie, opierająca się na idei multiwersum. Całość przesiąknięta jest prawdziwie steampunkową atmosferą z wyraźną nutą radykalizmu.

Wspomniane już wcześniej Vertigo wydało w 2000 roku czteroczęściową miniserię, której tytuł "Brave Old World" nawiązywał do słynnej antyutopii Aldousa Huxleya "Nowy wspaniały świat". Zarówno scenarzysta William Messner-Loebs, jak i rysownicy Guy Davis i Phil Hester to amerykańscy komiksowi weterani, cieszący się uznaniem środowiska. Pomysł jest co najmniej dziwny: grupa amerykańskich programistów zostaje przeniesiona do roku 1900 w wyniku działania pluskwy milenijnej (!). Komputerowcy natychmiast rozpoczynają budowę maszyny różnicowej, ale przedwczesna rewolucja techniczna wywołuje ekologiczne piekło. Trudno wymyślić bardziej naciąganą fabułę. Pod jej powierzchnią kryje się jednak znakomita opowieść o rodzącej się amerykańskiej demokracji. Stany Zjednoczone epoki wiktoriańskiej jawią się jako kraj bezwzględnego wyzysku, nietolerancji, zamieszek rasowych i ostrej walki klasowej. "Brave Old World" jest gorzkim kontrapunktem dla nieco bardziej romantycznego steampunku brytyjskiego.

Pozostałe produkcje amerykańskich autorów potwierdzają niestety zasadę, że w komiksie (podobnie jak w filmie) najlepsze rzeczy powstają w USA, jeśli tworzą je Europejczycy. "The Remarkable Worlds of Phineas B. Fuddle", czteroczęściowa miniseria wydana przez DC w 2000 roku pod szyldem Paradox Press, jest dziełem dwóch nowicjuszy w branży komiksowej. Historię napisał nowojorczyk Boaz Yakin, znany scenarzysta filmowy, a autorem rysunków jest jego brat Erez Yakin. Opowieść zaczyna się w Londynie (gdzieżby indziej?) w roku 1902. Profesor Fuddle buduje wehikuł czasu i wyrusza w przeszłość. Gdziekolwiek trafi (starożytny Egipt, Indie i średniowieczna Europa), zaczyna wprowadzać w życie wiktoriańskie wynalazki. Wywołuje to taką ilość paradoksów czasowych, że rzeczywistość, którą opuścił zaczyna się rozpadać. Dwaj inni profesorowie, Angus i McKee (sic!), wyruszają jego śladem. Komiks naznaczony jest niestety piętnem Hollywoodu. Scenariusz składa się głównie z pościgów i jest tak bzdurny, że z trudem można dobrnąć do końca.

Następny z jankeskich steampunkowych komiksów nosi wielce oryginalny tytuł... "Steampunk". Jego autorzy: Chris Bachalo i Joe Kelly to dwa filary nieco zmanierowanego "podwydawnictwa" DC o nazwie Cliffhanger. Właśnie ukazał się dziewiąty, z pewnością nie ostatni, zeszyt. Jest rok 1836. Anglia pod rządami tajemniczego Lorda Absinthe'a zamienia się w koszmar. Ulice Londynu pełne są parowych pojazdów, cyborgów, mutantów i innego plugastwa. Kiedy po stuletniej hibernacji budzi się Cole Blaquesmith, skrzyżowanie człowieka z maszyną parową, ruch oporu odzyskuje wiarę w zwycięstwo. Wizualnie seria wprost oszałamia, ale kompletnie nie wiadomo o co w niej chodzi. Niczym w serialach TV typu "Xena", bohaterowie są bardzo cool, mówią do siebie językiem amerykańskiego college'u, "odjazdowo" się ubierają i obowiązkowo znają kung-fu.

 DALEJ  >> 


 RETROSTACJA © Krzysztof Janicz 2002-2008 | START | MAPA | KOMIKSY | KONTAKT |  RSS