KOMIKS - OSTATNI BASTION VERNE'A?
 POD LUPĄ 
 
  RSS  START  CZYTELNIA  BASTION  LISTOPAD 2001  <<  STRONA 3  >> 

 
Wiktoriański cylinder

Na przeciwnym biegunie do "Profesora Fuddle'a" są na szczęście dzieła wybijające się ponad komercyjną przeciętność. Jednym z nich jest "The Victorian", komiks wyjątkowy, przenoszący steampunkową zabawę na zupełnie nowy poziom. Seria od 1999 roku wydawana jest przez małą niezależną firmę Penny-Farthing Press z Texasu. Do tej pory ukazało się 10 odcinków, z których 7 pierwszych ilustrował Martin Montiel Luna, a następne Jim Baikie. Autor historii ukrywa się pod pseudonimem Trainor Houghton i nawet nie wiadomo z której strony Atlantyku pochodzi.

"Pod koniec XIX wieku ludzkość, zdezorientowana szybkością przemian ekonomicznych, technologicznych, politycznych i intelektualnych, rozpaczliwie poszukiwała trwałych wartości. Jedni szukali ich w technice, inni w biologii, a jeszcze inni wewnątrz samych siebie. Wraz z postępem, koniec wieku przyniósł zamęt i frustrację. Miejscami, gdzie toczyły się najgorętsze intelektualne spory, stały się tajne stowarzyszenia, powoływane do życia w dążeniu do oświecenia. Jedna lub dwie takie loże mogły wpłynąć na naszą przyszłość w sposób, jakiego dziś jeszcze się nawet nie domyślamy" twierdzi jeden z głównych bohaterów serii, historyk Winston FitzRandolph.

Rzecz dzieje się we współczesnym Nowym Orleanie. Miejska legenda głosi, że nocą można tu spotkać samotnego mściciela o niedzisiejszym wyglądzie. Tajemniczy "Cylinder", jak nazywają go ulicznicy, urodził się w drugiej połowie XIX wieku. W młodości odebrał wszechstronne wykształcenie od największych umysłów epoki wiktoriańskiej: Ramsaya, Poincare'a, Moissana, Plancka. Wyposażony w wyrafinowane zdobycze ówczesnej techniki (napędzane parą, ale znacznie wyprzedzające obecną technologię), porzuca swój czas i udaje się w przyszłość, by ratować ludzkość końca XX wieku. Jest to więc komiks o superbohaterze, ale nie o latającym facecie w trykocie i pelerynce, tylko o nadczłowieku w pierwotnym, nietzscheańskim tego słowa znaczeniu.

Nieliniowa struktura utworu, nawiązująca do dokonań Moorcocka i Talbota, nie ułatwia odbioru komiksu. Gąszcz pozornie niezwiązanych z sobą wątków i retrospekcji powoli (bardzo powoli, zważywszy, że ten 25-częściowy cykl jest już niemal na półmetku) zaczyna się zazębiać. Poza samym komiksem, każdy zeszyt wzbogacony jest o część redakcyjną, gdzie znaleźć można artykuły o koncepcjach filozoficznych, literaturze i słynnych postaciach fin-de-siecle'u. Trainor Houghton, kimkolwiek jest, okazuje się być nie tylko znakomitym scenarzystą, ale prawdziwym entuzjastą i kopalnią wiedzy o epoce.

Z pewnością nie udało mi się dotrzeć do wszystkich komiksów steampunkowych. Niełatwo być w Polsce kolekcjonerem, zwłaszcza że najbliższe sklepy komiksowe znajdują się w Berlinie i we Wiedniu. Pozostaje oczywiście internet, ale klikanie myszką to nie to samo, co przetrząsanie pudeł z komiksami. Zachęcam jednak do własnych poszukiwań, a ja również postaram się trzymać rękę na pulsie i informować o nowych znaleziskach. Mam już nawet na oku kilka zachęcająco brzmiących tytułów: "Sherlock Holmes: Dr. Jekyll & Mr. Holmes", "Tarzan/John Carter: Warlords of Mars", a nawet "Dracula vs. Zorro". Wyjątkowo obiecujący wydaje się także "Adventures of Captain Nemo", choć bohaterowie Verne'a mogli się pojawić praktycznie w każdej serii komiksowej. Jak, nie przymierzając, Harry Houdini, który wystąpił w znakomitym crossoverze z Batmanem "The Devil's Workshop", w serii "Spawn", a nawet we własnej "podserii" (tzw. spin-off) "Daring Escapes".

 
Detektywi na parę

Czas odpowiedzieć sobie na pytanie, czy komiks naprawdę jest już ostatnim bastionem dla miłośników Verne'a? Zobaczmy, co inne media mają do powiedzenia w steampunku. Zacznijmy od największych konkurentów komiksu.

W japońskiej mandze znaleźć można odpowiedniki wszystkich gatunków, trendów i tematów obecnych w komiksie europejskim i amerykańskim, nie mogło więc zabraknąć steampunku. W 1995 roku słynny rysownik Kia Asamiya zaczął publikować serię "Steam Detectives" (nie podejmuję się przytoczenia oryginalnego tytułu). Jest to historia sensacyjna, rozgrywająca się w Steam City, wiecznie zadymionym mieście przypominającym Londyn z początków wieku. Pełno tu parowych samochodów, skuterów, robotów, szalonych naukowców i demonicznych przestępców. Na podstawie komiksu w 1998 roku nakręcono animowany serial TV (anime). Gatunek nie przyjął się jednak w Japonii i na tym się skończyło. [1]

W grach komputerowych również kompletna posucha. Nie licząc produktów licencyjnych, dopiero w tym roku ukazała się pierwsza oryginalna steampunkowa gra RPG "Arcanum: Of Steamworks & Magick Obscura" (do sklepów trafiła właśnie jej polska wersja "Arcanum: Przypowieść o Maszynach & Magyi"). W świecie Arcanum mieszają się elementy steampunku i fantasy. "Elfy strzelają z rewolwerów, smoki napadają na pociągi parowe, a magowie walczą z inżynierami" można przeczytać w jednej z recenzji. Gra ma nawet ciekawy klimat, tylko wyjące w tle wiolonczele są nie do zniesienia. I czemu akurat wiolonczele? [2]
                      

[1]  Bogatszy o dwa lata intensywnych poszukiwań, Chronologię Steampunku i kilka dosadnych listów od miłośników mangi, gotów jestem podjąć polemikę z samym sobą. Otóż okazuje się, że japoński steampunk ani się tak nie skończył, ani nie zaczął. Już w roku 1986 Hiyao Miyazaki nakręcił pełnometrażowe anime "Laputa: Castle in the Sky" - steampunkową wariację na temat podniebnego miasta z "Podróży Guliwera". Rok później w filmowej składance "Robot Carnival" (reż. Katsuhiro Otomo) znalazły się dwie nowelki o archaicznych automatach. W tym samym czasie Kenji Tsuruta rozpoczął swój mangowy cykl "Spirit of Wonder", określany jako romans w stylu H.G. Wellsa (na jego podstawie powstało kilka krótkich anime). W roku 1990 japońska telewizja wyemitowała serial rysunkowy "Nadia: The Secret of Blue Water" (reż. Hideaki Anno), inspirowany prozą Verne'a. Ostatnio, prawdopodobnie za sprawą "LXG", znów nastąpiło ożywienie ("Steam Boy", "Last Exile"), ale o tym na bieżąco informuje Steampunk Express. [wrzesień 2003]

[2]  Steampunk w multimediach również miał swoją prehistorię, choć już nie tak bogatą. W roku 1992 pojawiła się japońska strzelanka "Steel Empire" na zapomnianą platformę Sega-Genesis. Gracze do dziś wspominają bojowe zeppeliny, gigantyczne lokomotywy i (podobno) znakomitą fabułę. W przygodówce "Lighthouse: The Dark Being" (Sierra 1996) super-technologia w stylu retro okraszona została elementami horroru. O steampunk otarła się również - choć tylko w warstwie wizualnej - słynna seria gier braci Miller "Myst" (Cyan 1994-2001). Strategia "Jeff Wayne's The War of the Worlds" (Rage 1998) nie wymaga chyba komentarza. Dodajmy do tego sympatyczny steampunkowy drobiażdżek - bilard "Pro Pinball: Fantastic Journey" (Cunning 1999) i tak dobrnęliśmy do znanego wszystkim "Arcanum". [wrzesień 2003]

 
Bardzo Dziki Zachód

Hollywood na razie też skromnie, choć technika filmowa nie jest już dziś przeszkodą. Dzięki cyfrowej obróbce obrazu można "uruchomić" nawet najdziwniejsze wiktoriańskie wynalazki. Proste komputerowe efekty zastosowano już w roku 1985 w "Piramidzie strachu" (Young Sherlock Holmes) Spielberga i Levinsona. Pięć lat później w "Powrocie do przyszłości III" Zemeckisa pojawił się latający parowóz. Oba te filmy trudno jeszcze nazwać steapunkowymi, ale kierunek był słuszny.

Na pierwszą superprodukcję w prawdziwie techno-wiktoriańskim stylu trzeba było poczekać aż technologia CGI stanie się relatywnie tania. W roku 1999 reżyser Barry Sonnenfeld odgrzał stary serial telewizyjny z lat 60. "Wild Wild West" i nakręcił film pod tym samym tytułem (w Polsce znany jako "Bardzo Dziki Zachód"). Co ciekawe, to nie serial był steampunkowy, ale stworzony na jego motywach komiks z lat 90. [3] W obrazie Sonnenfelda trudno doszukiwać się głębi dzieł Moorcocka, Talbota, czy Messner-Loebsa, choć trzeba przyznać, że zabawa jest przednia. Komediowy scenariusz, gwiazdorska obsada, znakomite efekty specjalne i wiktoriańska scenografia - biegiem do wypożyczalni, jeśli ktoś jeszcze nie widział. Powstała także gra komputerowa "WWW: The Steel Assassin", podobno świetna.
                      

[3]  Bliższe oględziny dowiodły, że 104-odcinkowy serial "The Wild Wild West" był całkiem steampunkowy, mimo że taki stareńki (patrz: Chronologia). Równie steampunkowe były też dwa jego telewizyjne sequele (1979, 1980) i dwie miniserie komiksowe z tymi samymi bohaterami (1968, 1990). Nowatorstwo ostatniej ekranizacji polegało natomiast na tym, że rolę białego dotychczas Jamesa Westa zagrał czarnoskóry Will Smith. [wrzesień 2003]

 
Nieznane przygody Juliusza Verne'a

Amerykańskie seriale telewizyjne (właściwie TV shows) również coraz śmielej sięgają po fantastykę. Niestety ich poziom intelektualny z roku na rok dramatycznie spada i obok produkcji całkiem niezłych ("Gwiezdne wrota"), coraz częściej pojawiają się kurioza dla widzów inteligentnych inaczej ("Sindbad"). Mam nadzieję, że dwa steampunkowe seriale jakie do tej pory powstały (z których żaden nie był w Polsce wyświetlany) należą jednak do tej pierwszej kategorii.

Z roku 1995 pochodzi serial "Legend". Po 12 epizodach nadawca (UPN) obciął mu fundusze i zdjął z anteny. W roli tytułowej wystąpił Richard Dean Anderson, a i samą fabułę można określić jako "MacGyver na Dzikim Zachodzie". Rzecz dzieje się w roku 1876. Autor groszowych powieści Ernest Pratt postanawia wcielić się w bohatera swych książek i jako Nicodemus Legend walczy ze złem. Pomaga mu największy rywal Edisona, Węgier Janos Christoffer Bartok ze swymi genialnymi wynalazkami: terenowym kwadrowelocypedem na parę, szybowcem, kamerą itp.

Na temat "The Secret Adventures of Jules Verne" Nautilus powinien trąbić od dawna. Pierwszy sezon (22 odcinki) emitowany był od stycznia do lipca 2001 na kanale SciFi, a drugi zapowiadany jest na październik 2002. Fotosy są rewelacyjne. Twórca serialu, Gavin Scott tak wyjaśnia przyświecającą mu ideę: "Wpadłem na ten pomysł, kiedy dowiedziałem się, że pierwotna wersja 20.000 mil podmorskiej żeglugi znacznie różniła się od obecnie znanej. A jeśli w opowieściach Juliusza Verne'a było dużo więcej prawdy niż ktokolwiek mógłby przypuszczać? A jeśli naprawdę przeżył to wszystko w młodości, a potem tylko pozmieniał nazwiska i daty, by nie narazić się ludziom zbyt potężnym?". W niesamowitych przygodach młodemu Verne'owi towarzyszy Phileas Fogg (właściciel Aurory, wspaniałego statku powietrznego) ze swą kuzynką Rebeccą (agentką brytyjskich służb specjalnych) i Passepartout. Liga Ciemności usiłuje wykraść fantastyczne pomysły Verne'a wprost z jego wyobraźni i wykorzystać je do swych niecnych celów. A gdzie Księga Chazarów?! [4]
                      

[4]  Należy jeszcze wspomnieć o angielskim serialu "Q.E.D." Johna Hawkeswortha (6 odcinków, 1982) oraz amerykańskim "The Adventures of Brisco County, Jr." Carltona Cuse (27 odcinków, 1993). Pierwszy był historią o genialnych wynalazcach w edwardiańskim Londynie; drugi westernem z domieszką podróży w czasie, ninja i ufo. Listę zamykają "Bezkresne światy Herberta George'a Wellsa", wyemitowane przez Hallmark niemal natychmiast po pierwszym - i ostatnim - sezonie "Tajemniczych przygód Juliusza Verne'a" na SciFi (obydwa seriale wyświetlane były też na polskich kanałach). [wrzesień 2003]

 
Pan Verne i inwazja Marsjan

Teoretycznie ze steampunkiem najlepiej powinna radzić sobie literatura science-fiction. To od niej wszystko się zaczęło, od niej też wymagamy najwięcej. I tu przykra niespodzianka. Literaci mają wprawdzie sporo do powiedzenia, ale niekoniecznie mądrze. Poza Michaelem Moorcockiem (trylogia o kapitanie Oswaldzie Bastable: "The Warlord of the Air" 1971, "The Land Leviathan" 1974, "The Steel Tsar" 1981) i Harry Harrisonem ("Tunel transatlantycki. Nareszcie!" 1972), żaden nie zdobył się na pytanie bardziej oryginalne niż "co by było, gdyby było?". Mało tego: w niektórych opracowaniach na temat steampunku ostentacyjnie pomija się Moorkocka i Harrisona, a jako twórcę gatunku podaje K.W. Jetera, który w swej książce "Morlock Night" z roku 1979 opisał XIX-wieczny Londyn niszczony przez potwory z "Wehikułu czasu". Fantastyka naukowa, zamiast - jak niegdyś - zmuszać do myślenia, dziś zaledwie usiłuje szokować.

Umieszczanie akcji powieści w wiktoriańskiej Anglii stało się modą i niezłym interesem, a udziwnianie przeszłości - obowiązującym kanonem. Najczęściej pisarze gdybają nad wcześniejszym pojawieniem się niektórych wynalazków ("Maszyna różnicowa" Williama Gibsona i Bruce'a Sterlinga, czy "Anti-Ice" Stephena Baxtera). Czasem wymyślają nowe przygody wiktoriańskim bohaterom literackim ("The Other Log of Phileas Fogg" Philipa Jose Farmera), a czasem postaciom historycznym ("Monsieur Verne and the Martian Invasion" Josephy Sherman). Pomysłów jest zresztą więcej: zdarzają się książki zabawne, niesamowite, z pogranicza fantasy, a nawet z elementami horroru. Brakuje jednak książek ważnych.

 DALEJ  >> 


 RETROSTACJA © Krzysztof Janicz 2002-2008 | START | MAPA | KOMIKSY | KONTAKT |  RSS