KOMIKSY W SEPII
 POD LUPĄ 
 
  RSS  START  CZYTELNIA  SEPIA  LISTOPAD 2002  

 
W poprzednim odcinku

W dzisiejszej popkulturze droga od nowości do klasyki jest coraz krótsza: kilka lat, czasem kilkanaście miesięcy. Właściwie wszystko jest albo nowe albo klasyczne - chyba, że po drodze wypadło z obiegu. My w RETROSTACJI nie możemy zostać w tyle i też będziemy przyklejać etykietki! O nowościach piszemy w STEAMPUNK EXPRESSIE, o tym co wypadło z obiegu - wcale, a KOMIKSY W SEPII poświęcimy na "klasykę" steampunku. Rubryka będzie sukcesywnie uzupełniana o kolejne wykopaliska (wyłącznie komiksowe), w miarę ich odkrywania lub przechodzenia do kategorii staroci. Przypominamy, że sporo komiksów - dziś już nie najnowszych, ale wciąż godnych uwagi - zostało omówionych w "Ostatnim bastionie Verne'a". Były to: pierwsza część "The League of Extraordinary Gentlemen", jej pierwowzór "The Searchers" (wraz z sequelem "The Searchers: Apostle of Mercy"), "The Adventures of Luther Arkwright" (wraz z sequelem "Heart of Empire: The Legacy of Luther Arkwright"), "Sebastian O", "Mr. Hero - The Newmatic Man", "Teknophage", "Phage: The Shadow Death" (te trzy ostatnie według pomysłów Neila Gaimana), "Brave Old World", "The Remarkable Worlds of Phineas B. Fuddle", "Steampunk", "The Victorian", oraz manga "Steam Detectives".

 
Zaczarowany dorożkarz

Kiedy niedawno ustawiałem swoje zbiory w nowym, jeszcze lepszym porządku (to częsta i jakże ważna czynność w życiu kolekcjonera), wpadło mi w ręce kilka numerów "Star*Reach" - amerykańskiej antologii wychodzącej w latach 1970. Publikowali w niej twórcy ambitni, tak zafascynowani komiksem europejskim, że zamiast "The End" pisali "Fin". W jednym ze "Star*Reachów" natknąłem się na prawdziwą sensację: prawdopodobnie najstarszy komiks steampunkowy. "Gideon Faust, Warlock at Large" jest mroczną historią, rozgrywającą się - podobnie jak znacznie późniejszy "From Hell" - za parawanem wiktoriańskiej obyczajowości. Pedofilski spisek, rytualne morderstwa, satanistyczne obrzędy, a wszystko to z udziałem najznakomitszych obywateli Londynu. Ogarniętym żądzą władzy szaleńcom wreszcie udaje się wezwać siły piekielne, ale wtedy ze swej zaczarowanej dorożki wysiada zirytowany Gideon Faust, czarnoksiężnik i mąż opatrznościowy. Apokaliptyczna bitwa w operze definitywnie kończy sprawę: Londyn odzyskuje spokój, a społeczeństwo - kręgosłup moralny. Historię napisał Len Wein (obecnie współtwórca serii "The Victorian"), a Howard Chaykin stylowo ją oprawił. Zarówno ornamentyka kadrów, jak i kompozycja plansz to wyraźny ukłon w stronę secesji i Gustava Klimta. Podczas gdy większość grafików komiksowych operuje kreską, nieliczni odważni - plamą, to Chaykin używał przede wszystkim faktur. "Używał", bo ten wybitny artysta dziś już nie rysuje, choć wciąż pisze scenariusze.

"Gideon Faust" ukazał się w roku 1976 (tzn. pierwszy odcinek, bo były jeszcze dwa w "Heavy Metalu"), a więc dwa lata wcześniej niż "Przygody Luthera Arkwrighta". Czyżby zatem teoria o brytyjskości steampunku miała lec w gruzach? No, niezupełnie. Po pierwsze: prawdziwy debiut Arkwrighta odbył się również w 1976 roku, w krótkiej historii pt. "The Papist Affair". Po drugie: mówimy o dwóch zupełnie różnych, a nawet przeciwstawnych nurtach steampunku. "Luther Arkwright" to typowo brytyjski steampunk techno-polityczny, zaś "Gideon Faust" to typowo amerykański steampunk gotycki. Chciałoby się rzec: jakie tradycje, taki steampunk. Brytyjczycy mają Wellsa, Doyle'a i Haggarda, Francuzi - Verne'a i Le Rouge'a, a Amerykanie? Chyba tylko Poe'go, Lovecrafta i Burroughsa, ale z tej trójki dwaj pierwsi pisali opowieści grozy, a ostatni historyjki o przygodach Tarzana, pół małpy - pół Anglika. Nic dziwnego, że steampunk w USA dość naturalnie podryfował w stronę horroru i okultyzmu.

 
Houdini: bohater bardzo komiksowy

Co robią amerykańscy steampunkowcy, gdy brakuje im amerykańskich bohaterów literackich? Sięgają po postacie z show-biznesu. Szczególnie wdzięcznym obiektem okazał się Harry Houdini, słynny estradowy czarodziej, pierwowzór Davida Copperfielda. Obiekt to tym wdzięczniejszy, że łączy w sobie aż dwa stereotypy: dżentelmena-awanturnika (jako postać sceniczna) i emigranta-karierowicza (jako Ehrich Weiss, syn rabina z Budapesztu). W obu tych wcieleniach Houdini "wystąpił" również w komiksie. W roku 1993 jego postać wykorzystało wydawnictwo DC, by ożywić nieco przykurzoną legendę Batmana. Komiks "Batman/Houdini: The Devil's Workshop" ukazał się w serii "Elseworlds" (Inne światy), której założenia były następujące: wyciągamy bohaterów z ich normalnego otoczenia i przenosimy w niezwykłe czasy i miejsca, z których jedne istniały, inne mogły istnieć, a jeszcze inne istnieć nie mogły lub nie powinny. Bat-Man (uwaga na pisownię) jest tu wciąż tym samym Brucem Waynem, ekscentrycznym milionerem, właścicielem połowy miasta Gotham i wciąż podkochuje się w dziennikarce Victorii Vale. Z tym, że kiedy nocą zakłada maskę, pelerynę i wyrusza by zwalczać zło, zamiast do batmobilu wsiada do dorożki. Mamy zimę roku 1907.

Mistrz Ucieczek (występujący tu w roli narratora) i Bat-Man zderzają się nie jako rywale, ale ludzie z dwóch końców drabiny społecznej. I rzeczywiście: w tym czasie Houdini wciąż uchodził w Ameryce za jarmarczne kuriozum. Pozycję miało mu dopiero zapewnić tournee, którego częścią była wizyta w (fikcyjnym) Gotham. Opowieść zaczyna się, gdy ze slumsów Devil's Workshop całymi dziesiątkami znikają dzieci ubogich emigrantów. Obaj bohaterowie niezależnie od siebie rozpoczynają śledztwo. Trop prowadzi do mięsnego magnata "Barona" Montenegro i wielkiej aktorki Leonory Reinhardt. Podczas seansu spirytystycznego Houdini wykonuje kilka fotografii, ale na zdjęciach, w miejscach gdzie powinno znajdować się dwoje podejrzanych cudzoziemców... nikogo nie ma. Ha, a więc znów horror! Czy ten scenariusz czegoś Państwu nie przypomina? [podpowiedź] I całkiem słusznie, bo pisał go nasz dobry znajomy, Howard Chaykin wespół z Johnem Moorem. Stronę graficzną powierzono Markowi Chiarello, czego efektem są wspaniałe, wykonane w akwareli plansze, wzorowane na najlepszych pracach Chaykina. Jest tylko jeden drobny zgrzyt: na seansie pojawia się duch matki Houdiniego, która w rzeczywistości zmarła dopiero sześć lat później. Ale to przecież "inny świat".

Wróćmy więc na chwilę do świata rzeczywistego. W ciągu kilku następnych lat Ehrich Weiss zdobył wszystko, czego mógł chcieć artysta wodewilowy: sławę, pieniądze, uwielbienie tłumów, podziw rządzących. Stał się prawdziwym produktem popkultury. W roku 1916 zaczął nawet kręcić filmy - tak szmirowate, że dziś nie da się ich oglądać. Kilka lat temu ten sam, wykreowany Wielki Houdini pojawił się w komiksach z serii "Spawn" (Image 1994). Ich autorzy: Tom Orzechowski, Andrew Grossberg i Greg Capullo dokonali jednak rzeczy niebywałej - uniknęli śmieszności (jeśli ktoś odniósł przeciwne wrażenie przy lekturze polskiej edycji, może podziękować tłumaczce). Przewagę nad filmem dawał im już sam komiks jako medium, z natury swej umowny i robiący oko do czytelnika. Cała historia rozgrywa się w ciągu pięciu minut, jakie Houdini spędził w zatopionej skrzyni, podczas występu w Los Angeles w listopadzie 1916 roku. To znaczy... niezupełnie w skrzyni i niezupełnie pięć minut. W tym czasie Mistrz Ucieczek zdjął łańcuchy, teleportował się do Nowego Jorku A.D. 1994, udzielił kilku wskazówek piekielnemu generałowi, wyczarował latającego Rolls-Royce'a, przerzucił bombę jądrową do innego wymiaru i wrócił na scenę tak, by publiczność niczego nie zauważyła. Ta-daa!

Już Sir Arthur Conan Doyle podejrzewał, że Houdini umiał się dematerializować. Ale autorzy "Spawna" poszli jeszcze dalej: iluzjonista nie znika, tylko przeskakuje do "Łącznika" (Overlap) - miejsca pomiędzy światami, w którym czas nie ma żadnego znaczenia... W końcu gdzieś musiał nauczyć się prawdziwej magii, więc czemu nie tam? Tę śmiałą myśl Orzechowski i Grossberg rozwinęli w czteroczęściowym spin-offie pt. "Daring Escapes" (Image 1998, rys. Alan Weiss). Tym razem Houdiniego spotykamy w ludzkim sektorze Łącznika, podczas pogawędki z Joanną D'Arc, Judaszem Iskariotą i paroma innymi przyjaciółmi. Ale już za chwilę Harry wyrusza do Watykanu, by w przededniu wyprawy Kolumba ściągnąć na siebie gniew Rodrigo Borgii (tj. Aleksandra VI). Pięćset lat później były papież wciąż żyje (!) i wciąż ma niewyrównane rachunki z Houdinim. Tymczasem w sprawę angażują się coraz wyższe czynniki, z nowojorskmi ambasadami Piekła i Nieba włącznie. Jest to z pewnością jeden z najbardziej komiksowych komiksów o Houdinim. Może nie wybitny, może nawet niezbyt odkrywczy, ale czy zawsze musi o to chodzić?

Krzysztof Janicz, listopad 2002

 


 RETROSTACJA © Krzysztof Janicz 2002-2008 | START | MAPA | KOMIKSY | KONTAKT |  RSS