IMĆ HORMAGANT WOKULSKI Aleksander Głowacki
 POD LUPĄ 
 
  RSS  START  CZYTELNIA  WOKULSKI  PAŹDZIERNIK 2006  <<  STRONA 1  >> 

 
Rodzime próby zmierzenia się ze steampunkiem to prawdziwa rzadkość. Z tym większą przyjemnością zapraszamy na premierową publikację opowiadania twórcy ukrywającego się pod pseudonimem Aleksander Głowacki. "Imć Hormagant Wokulski" to tekst odwołujący się do polskiej historii, polskiej literatury, w brawurowy sposób łączący retro-futuryzm, cyberpunk i mistycyzm. Towarzyszące mu ilustracje są dziełem Rafała Gosienieckiego, autora pamiętnego komiksu "Pattern". Przed nami 4-stronicowa wyprawa w przeszłość, w przyszłość, do wnętrza, a nawet jeszcze dalej...

 
"Imć Hormagant Wokulski"
Aleksander Głowacki
Została mu już tylko jedna ampułka - zamek czasowy miał otworzyć szkatułkę za pięć minut, wyszedł więc z przedziału, przeszedł wąskim korytarzem i przez przeszklone drzwi opuścił salonkę.

Stanął na chwiejnej platformie łączącej wagony i usłyszał za sobą szelest miękkiej tkaniny - zimne dotknięcie stalowego ostrza pod potylicą zapowiadało zawodowca, nie byle jakiego rzemieślnika sprawnego na tyle, by umknąć skriningowi Falka. Ryk pociągowej syreny odbił się od zbocza mijanej góry i w jej rozedrganym hałasie poczuł jak do naporu szpikulca dołącza się delikatne, choć zdecydowane pchnięcie. Poczekał aż hałas umilknie, licząc, że usłyszy jakieś polecenie - napastnik jednak milczał, ponowił tylko nacisk dłoni. Falk sięgnął do klamki i otworzył drzwi.

Gang kompresyjnego silnika został za skórzanym wyciszeniem, zostawiając we wnętrzu tylko rytmiczny stukot kół. Hałas, do którego zdążył się już przez kilka dni podróży przyzwyczaić, brzmiał tu jednak inaczej, owijając się wokół wolframowanych poręczy, ślizgając się po płytach tureckiego onyksu, wracał zdwojony rezonując w wysokich muszlach pisuarów, w swoich poślizgach zmieniając kolor i zapach, rezonując niemiłym tonem. Stłumił synestezję i rozejrzał się po pomieszczeniu - przyćmione wnętrze zamknięte było lustrzaną ścianą.

Zobaczył swoje odbicie - trójkątna twarz z mocno zarysowanym wystającym niemal pod kątem prostym podbródkiem przysłaniała stojącą z tyłu postać. Mężczyzna w czarnym płaszczu stał za nim na długość wyciągniętego ostrza. Sześciokątny szpikulec kryć się musiał w trzymanym przez napastnika w lewej ręce miedzianym trzonku laski, na którego końcu szczerzyły się dwa wypolerowane ząbki.

Dyskretnie wysunął przed siebie dłonie - zobaczył w lustrze jak na opuszkach palców zbiera się srebrzysta poświata, skapuje na podłogę i ruchem spowolnionym temporalną dystorsją biegnie do kolców na lasce, omija je i wspina się w kierunku miedzianego pierścienia na końcu trzonu, by rozbłysnąć tam ostrzegawczym pomarańczowym światłem. Prawdziwe zagrożenie kryło się za potrójnym zwodem - innej ręki, fałszywego niebezpieczeństwa i innego sposobu ataku - co razem dawało posmak pewnego wyrafinowania zabójcy.

— Subtelna finta — powiedział na głos, próbując jeszcze raz sprowokować przeciwnika do rozmowy. — Ukąszenie neurotoksyny.

Ten znów nic nie odpowiedział, przesunął się tylko o krok w lewo i odsłonił twarz przysłoniętą szalem.

Falk rozsiał wokół siebie falę niekontrolowanej emocji - przeciwnik odebrał jego rozlane po wagonie zdziwienie i niemal się uśmiechnął, gdyby nie uniemożliwiały mu tego grube zalakowane zaschniętą ropą sznurki, którymi zaszyto mu usta - Zaszyty.

Czemu Zaszyty chciałby mnie zabić? - zaczął gorączkową analizę. - Ktoś się dowiedział, niemożliwe? To raczej coś w Planowaniu, raczej tak, gdyby ktoś się dowiedział, czemu nie miałbym zginąć w Anglii - teraz czy po powrocie z misji. Jakieś niedopatrzenie, złe zlecenie dla zabójcy. Z drugiej strony coś takiego mogło zdarzyć się u brudasów, a nie w kluczowej Agencji Imperium.

Rozłożył ręce i rozluźnił całe ciało. — Mógłbym się odwrócić? Może to dziwne, że się nie znamy. Wtedy właściwie jednak — zaczął gubić słowa, tak dawno nie rozmawiał z Zaszytymi, wszystkie słowa-klucze uleciały z pamięci.

— Gdybyśmy nie stali po tej samej stronie pomyślałbym, że masz na mnie zlecenie, ale taki rozkaz od Zakonu? Bo widzisz, to niemożliwe, stoimy po tej samej stronie — mówiąc szukał lepszej pozycji dla nóg, badał na jak wiele może pozwolić sobie na wyślizganej posadzce. — Jestem agentem Jej Królewskiej Mości - Falk Van Breyun.

Zaszyty nie zareagował, a przecież musiał znać to nazwisko. Ilu było ich na świecie - licząc nawet Zuluskich Przemienionych, nie więcej niż dwustu.

— Też by mnie prawie zaszyli, przeszedłem inicjację Grzybni, przeszedłem cały trening i modelowanie neuronalne - mówił dalej, analizując jednocześnie możliwe scenariusze.

— A może ty mi zazdrościsz, że nadal mówię - ciągnął jakby nie wiedział, że Zaszyci nie znają zwykłych uczuć, zazdrości miłości gniewu, że zajmuje ich tylko realizacja zleceń i te krótkie chwile gdy wyłącza się ich w Centrali, by odwlec moment ostatecznej dekonstrukcji.

— Jestem trochę inny, służę może Jego Królewskiej Mości, ale z pochodzenia jestem Burem, zanglicyzowanym w dzieciństwie i wiernym Koronie do śmierci, ale sam wiesz co mówią - grzybnia różnie działa na różne narody, zresztą popatrz na tych brudnych Słowian, dla nich grzybnia to odmiana mentalnego dopalacza, kokainy ekscentrycznych wynalazków - a Zulusi z kolei zamieniają się pod jej wpływem w zabójcze maszyny, tak samo jak i my, tylko że te brudasy wiedzą jak uniknąć Milczenia. Ja go uniknąłem, ale też jestem Zaszytym, nie ma powodu, właściwie daj mi spokój. A poza tym jesteśmy za blisko granicy Interzony Polska — mówił dalej, ale miał już wyniki analizy, z trzech pozostałych wersji wydarzeń w dwóch chodzić musiało o sekret Falka. — Przecież wiesz lepiej ode mnie, że nikt nie może cię tam spotkać, nawet zobaczyć.

Sugerowane rozwiązania dawały pewną szansę - Zaszyci czuli prawdę i zawsze odpowiadali na nią prawdą.

— Jadę na zlecenie Ministerstwa Wojny, mam zabić hrabiego Ochockiego, to ten polski wynalazca, podobno opracowuje plany bomby korpuskularnej. Muszę go powstrzymać, zanim przekaże projekt Zulusom.

Musiał mu dać jeszcze więcej prawdy by wymusić na nim w końcu odpowiedź na kluczowe pytanie.

— Dobrze wiesz, że te plany dostaną w końcu Zulusi — Zaszyty był jak każdy uwarunkowany na tę nazwę, zresztą Falk też czuł obrzydzenie, zwierzęcy wstręt na dźwięk tego słowa - nienawidził kolorowych jak niczego innego na świecie.

— Kto cię na mnie nasłał? — zapytał Falk. Zaszyty uniósł lewą rękę i jej palcem wskazującym popukał na jakąś postać wyrytą na miedzianym trzonku laski.

Zaszyty rozluźnił się na chwilę. Analiza została zakończona, decyzja została podjęta. Falk oparł się nieśmiało o ostrze i piwotując w prawo ominął agenta. Ten zamachnął się za umykającym mu celem zatrutym trzonkiem, ale cios minął Falka, który odskoczył do tyłu, przeleciał kilka metrów w powietrzu i rozpłaszczył się w kącie pomiędzy sufitem, a ścianą. Wszystko działo się tak szybko, że lustrując pomieszczenie w poszukiwaniu drogi ucieczki widział sznur kropli własnej krwi wiszących w powietrzu. Przy uniku ostrze laski musiało drasnąć go w szyję, zamknął więc krwawienie, nie ze względu na utratę krwi, ale wyciek grzybowych alkaloidów. W wagonie obok otwierał się kuferek, w którym czekały na niego dziesiątki ampułek. Miał ze sobą jedną, ale schowaną pod klapą marynarki. Zanim po nią sięgnie, zabije go Zaszyty.

Zaszyty rozmył się w bilokacji i w obu swoich aspektach zaczął zachodzić Falka, blokując wszelką drogę ucieczki. Agent przeturlał się po ścianie słysząc jak w miejsce gdzie przed chwilą wisiał uderza ostrze, po czym omijając o centymetry wysmarowaną trucizną broń prześlizgnął się po suficie i zeskoczył na ziemię tuż za plecami przeciwnika. Tylko że jego już tam nie było - połączył aspekty i przemienił się w formę niedostrzegalną dla Falka. Żadna ze Sztuk nie pozwalała w takiej formie używać broni, ale nadal dawało to przytłaczającą przewagę zaskoczenia. Wreszcie mógł sobie pozwolić na wdech, czas rozpłynął się w jego głowie - Falk stał się Czujnością i oczekiwał chwili, w której Zaszyty zaatakuje.

W spowolnionych przepływach widać czasem jak rozwarstwia się powietrze, kolory rozmywają się przez spowolnienie korpuskuł świetlnych, a zmysły oszukiwać mogą elektrotoniczne prądy samowzbudne - przepowiadał sobie Katechizm Czujności, żeby zatrzymać zmysły na rozpadającej się rzeczywistości. Musiał trwać tak kilka minut, ale po tej stronie wydawało mu się, że minął miesiąc.

Zaszyty wychynął po prawej stronie w doskonale wybranym punkcie, na skraju pola widzenia Falka, w miejscu gdzie jego pojawienie się zarejestrowane zostało instynktownie wywołując odruchową reakcję - miejscu wybranym doskonale, bowiem żadna ze znanych technik nie uczyła jak wyzbyć się pierwszego zwierzęcego odruchu - przerażenia. Ostrze laski zaczęło pracować ze zdwojoną szybkością, ciągle o włos spóźniając się za zwodami Falka. Zrobił jeszcze kilka złożeń i zaczął zastanawiać się na jak długo może mu jeszcze starczyć Napędu - i chyba w tej samej chwili poczuł jak szpikulec zahacza go na żebrach. Gwałtowne zatrzymanie wymusiło zmianę tempa, co wyraźnie zbiło Zaszytego na chwilę z tropu.

Falk pochylił się gwałtownie i zaatakował płaskim kopnięciem z półobrotu, w powietrzu odwrócił się na plecy i ze złożenia wkładając w ten cios całą swoją siłę wylądował na Zaszytym, ale on już się przemieścił, delikatnym zwodem podpuścił Falka jeszcze bliżej i wyprowadził dwa ciosy na raz. Sztych albo trucizna. Wybrał sztych. Zaszyty ruchem nadgarstka pogłębił cios i sześciokątne ostrze wniknęło w szyję - Falk poczuł jak rozrywa skórę, mięśnie, wbija się dalej, mentalnym zrywem utwardził tętnicę i rezerwując część świadomości dla rany wykorzystał kolejną zmianę tempa Zaszytego, by serią uderzeń na korpus skrócić mu oddech. Zawinął się w kulę i rozprostowując się gwałtownie zaatakował jeszcze raz, tym razem z większą skutecznością. Pociągnięty odrzutem przeciwnik wyszarpnął broń z rany, odtoczył się kilka kroków i przyklęknął, wspierając się na dłoniach pod ścianą.

Przesunął dłonią po ranie i zlizał rozmazaną krew, by choć trochę ograniczyć utratę Alki. Tym razem Zaszyty zaczął od trilokacji - techniki Jedenastych Arkanów - sztuki Wysokiego Wtajemniczenia.

Sześciokątne ostrze znów zaczęło zataczać złowróżbne spirale. Szala przechylała się powoli na stronę Zaszytego - a Falk zaczął się bać, tak chyba bowiem trzeba nazwać stan w którym ciało i umysł wymyka się spod Kontroli. Jedyną jego szansą była ampułka i chyba ze strachu właśnie nie myśląc o konsekwencjach sięgnął po nią w nieodpowiedzialnym gambicie wystawiając na cios lewy bok. Lewa ręka, którą próbował włożyć pod klapę surdutu zamotała się w fałdach materiału, prawą zaś nie był w stanie wykonać odpowiednio szerokiego zamachu - nic nie mogło go uratować przed kolejnym ciosem. Ostrze raz jeszcze weszło w Falka, ale tym razem Zaszyty nie dał mu nawet szansy na zajęcie się raną. Wróg wszedł w aspekt Zjednoczenia, stopił się w jedno ze swoją bronią, przelał się tęczową smugą przez swoją broń i palącym, zabójczym promieniem wbił się w ciało Falka, zaczynając siać w nim zniszczenie od wewnątrz.

Przecież mógłby mnie zabić w walce - błysnęło Falkowi i znalazł w tej myśli pocieszenie. Kimkolwiek nie był jego przeciwnik musiał dużo o Falku wiedzieć, musiał długie godziny obserwować zapisy akcji agenta Jej Królewskiej Mości, na własne oczy widzieć jak wywijał się z sytuacji o wiele gorszych niż ta. Falk mógł sobie wyobrazić jak Zaszyty siedzi przed ekranem lucynografu i ogląda tajne zapisy - akcję z 1903 w Kolonii Przylądka, gdzie pomagał w odwrocie ekspedycyjnego korpusu Kitchenera, może ktoś z Departamentu Chemii Psychologicznej rejestrował ostatnie chwile, gdy Falk odpierając ataki zuluskich Wybrańców wycofuje się powoli w kierunku czerwonych od brytyjskich mundurów łodzi. A może widział jak Falk codziennymi wypadami wspomaga obronę podczas drugiego oblężenia Chartumu z 1907 i jak w końcu sam przedziera się na północ, by poinformować o tym, że Zulusi udoskonalili Przemianę i nie są już podatni na Milczenie - tylko kto mógł te zapisy dostarczyć - ktoś kto miał swoje kontakty zarówno na dworze Cetewayo jak i u boku królowej brytyjskiej. Zaszyty musiał znać wszystkie te historie inaczej bowiem nie zdecydowałby się na ostateczny atak - bezpośredni szturm na sublimbicznym poziomie, napaść która dawała tylko dwie opcje - ginął napastnik albo napadnięty. Gdy jeszcze pomyśli się jakim ryzykiem obarczona była ta technika. Wystarczyłoby przecież by zaatakowany znalazł chwilę, część chociaż swojej neuralnej aktywności poświęcił na dotknięcie, ba muśnięcie wręcz broni, która posłużyła jako tunel, a napastnik musiałby natychmiast się wycofać i przez kilka długich sekund leżeć nieprzytomny, czekając aż jego zassana w broń tunelową cielesna powłoka się odbuduje.

Wystarczyłoby dotknięcie, ale Falk nie miał na nie czasu. Powoli przegrywał, Zaszyty rozrywał go od środka, niemal nie zważając na obronę agenta, anihilował go cząstka po cząstce w kolorowych wybuchach pękających komórek parł nieodparcie do przodu zostawiając za sobą smugę agonalnego bólu. Docierał już do rdzenia, gdy nagle napór ustał, a Zaszyty zniknął z jego ciała. Wrócił mu wzrok i zobaczył pochylającą się nad nim rozmazaną plamę kobiecej twarzy. Patrzyła z przerażeniem jak ze szpikulca, który chciała wyciągnąć z ciała leżącego zaczyna wypływać bezkształtna czerniejąca masa i przybiera kształt mężczyzny.

Falk dokończył ruch zaczęty nim ugodziło go ostrze. Słabnącym gestem sięgnął po ampułkę i cały czas patrząc na powracającego do Kształtu Zaszytego przełamał ją i szybko przełknął korzenną zawartość.

Rozlał się alkaloid, dotknął krańców jego zanikającego ciała, rozbłysnął w cielesnej powłoce obronną błękitną aurą i poczuł Falk jak porozrywane komórki zaczynają się łączyć, ciało puchnie potężnością przywróconą napływem Alki, umysł rozlewa się na wszystkich dostępnych mu płaszczyznach, ale zaraz alkaloidem napędzany wkrada się w domeny zwykle mu niedostępne. Ruch ten trwał na tyle długo, by Zaszyty zdołał zebrać się znów w swoją Kształtną postać, wstać, ruchem ręki unieruchomić kobietę, która mu przeszkodziła i rzucić się na Falka zakończoną szpiczastym ostrzem pozycją.

Nie mógł jednak wiedzieć, bo żaden lucynogram nie mógł tego ukazać, że nawet wśród wszystkich tych, którzy przeszli Przemianę, Falk jest wyjątkiem. Agent uniósł się w grzybicznym szurdżu, urósł w świadomości Zaszytego, zasłonił cały jego świat czarną chmurą swojej obecności i siłą daną mu na ledwie kilka sekund po Pobraniu sięgnął niedbałym ruchem ręki po Istotę Zaszytego, by bez wysiłku ją pożreć.

W chwilę później szurdż się skończył i znów był tylko Przemienionym. Rozejrzał się po zdemolowanej ich pojedynkiem łazience i podszedł do kobiety, która przypadkiem uratowała mu życie. Leżała niedbale w kącie z nogami rozrzuconymi w bezwstydnym geście, porzucona tu gwałtowną wściekłością Zaszytego. Podniósł jej głowę i rozchylając grube proste czarne włosy zobaczył naszczepione na wystających kościach policzkowych futro pandy - znak rozpoznawczy elegantki z Interzony Szanghaj.

Ocknęła się. — Chciałam tylko Panu pomóc — podniosła się gwałtownie otrzepując jedwabną spódnicę. — Leżał Pan w kącie z tym rożnem wbitym w bok, dotknęłam go pamiętam jeszcze różową pianę, zabulgotała tam gdzie było wbite ostrze i wtedy ten kształt. A później poczułam tylko tępą słabość, jeśli tak można powiedzieć.

Już stała prosto jakby nic się nie stało - nad podziw szybko jak na kogoś kto przyjął na siebie skomasowaną Wiązkę. Może i poświęciłby chwilę, by się nad tym zastanowić, ale czuł, że jeśli chce szybko wyleczyć obrażenia, musi wrócić do kuferka i pozwolić sobie na następne Pobranie Alki - taka rozrzutność rzadko mu się zdarzała, ale wiedział, że inaczej ciężko odchoruje walkę.

— Ale Pan - co z Panem, myślałam że się Pan nie obudzi, przecież Pan był ranny — podeszła do niego widząc jak chwieje się na nogach. — Ale teraz nie widać nawet kropli krwi — paplała coś pośpiesznie starając się go podtrzymać.

— Jestem z twardej burskiej gliny — zażartował słabo Falk wchodząc od razu w swoją rolę. — Żeby się mnie pozbyć trzeba by mnie posiekać na kawałki i skarmić strusiom. Odprowadzi mnie Pani do wagonu?

— A on — wskazała ruchem ręki na Zaszytego, skurczony zezwłok wyssanej Istoty. — Z nim wszystko w porządku? Nie wygląda najlepiej.

— Nim ktoś się pewnie zajmie — powiedział Falk. — Chodźmy, niech mi tylko Pani poda obsadkę do tej laski.

— Kim on był? — oparł się o nią i małymi kroczkami ruszyli w stronę drzwi. — Rozumiem, że Pana napadł - widzi się dzisiaj wiele dziwnych rzeczy, zwłaszcza w tych okolicach. To moja pierwsza wizyta tutaj i powiem że Interzona Polska jest wielce egzotycznym miejscem. Ale ludzie mieszkający w swojej broni - to dziwne nawet dla kogoś wychowanego w I.Sz-ie.

— Nie wiem kim był ani kto go przysłał — odpowiedział opierając się mocniej na jej ramieniu i przystając na chwilę by poświęcić chwile na dokładniejsze przyjrzenie się miedzianej lasce, w której Zaszyty krył tunelowe ostrze.

Delikatne rysy miedziorytu przedstawiały ilustrację do dalekowschodniej opowieści. Zgarbiony starzec wsparty na lasce stoi na polanie wśród niskich drzew. Tuż obok w wyzywającej pełnej pychy pozie stroszy się paw. Kilka kroków dalej daniel przyklęka na przednich nogach i pochyla przed starcem głowę. Nic mu to nie mówiło wiedział jedynie, że w tej lasce musi kryć się jakaś odpowiedź - Zaszyty odpowiedział prawdą na prawdę tak jak wymusiła to na nim Przemiana. Prawda może mieć wiele twarzy, a co znaczyć może ta ilustracja naprawdę nie wiem - ostatnie zdanie powiedział na głos raczej z grzeczności, nie chcąc dać odczuć damie, że zaprzątają go w tej chwili ważniejsze sprawy niż rozmowa z nią.

— Jeśli miałoby to Panu pomóc to tak się składa, że wiem skąd pochodzi ta ilustracja — uśmiechnęła się do niego. — Zręczny rzemieślnik przedstawił tu 78. rozdział "Podróży na Zachód" - najczęściej pomijany jako nieistotny dla rozwoju akcji tej obszernej książki. To rozdział, w którym mnich Ku-wang po pokonaniu Małpiego Króla opowiada, w jaki sposób tego dokonał. Zamiast jednak prostej relacji faktów mnich przytacza pewną historię - cały rozdział 78. jest właśnie tą opowieścią. Ponieważ w rozdziale 79. w kilku zdaniach streszcza się całą tę historię, więc większość redaktorów uważa, że może bez szkody ten fragment ominąć. Jeśli dobrze pamiętam, opowieść ta dotyczy zdarzenia z życia Żółtego Starca. W czasie jednej ze swoich podróży w lesie zaskoczył go deszcz, zwrócił się więc do pawia z prośbą by ten go przenocował. Paw jednak widząc, że Żółty Starzec jest miernej postaci, a jego szaty nie są dość bogate, wyśmiał go tylko i odszedł pusząc się swoim wspaniałym ogonem. Słysząc te niegrzeczne słowa, przechodzący obok daniel - nadal nie wiedząc o prawdziwej naturze przybysza, zawstydził się zachowaniem pawia i pokornie poprosił Żółtego Starca by zechciał przenocować w jego domu. Poszli tam razem i siedli by napić się herbaty. Tymczasem siąpiący deszczyk przemienił się w szalejącą wichurę. Wiatr zaczął łamać drzewa i niszczyć domy zwierząt. Zniszczył też dom pawia, nie był jednak w stanie zaszkodzić domostwu daniela, chroniła je bowiem magia zamknięta w lasce Żółtego Starca. Przybył więc paw pod dom daniela i zaczął błagać by ten go wpuścił. Wtedy jednak starzec objawił się zwierzętom w całej swojej postaci, a paw zrozumiał swój błąd i odszedł niepyszny — skończyła i skłoniła lekko głowę.

— Pięknie — odwrócił się w jej stronę. — Jak zwykle w obecności I.Szyty czuję się jak barbarzyńca, może mogła by mi Pani jeszcze odczytać ten napis w takim razie — pokazał rząd ideogramów w górnej części laski. Sięgnęła po szylkretowy monokl i sięgnęła po broń. Już chciał pochwycić ją za dłoń zdawało mu się bowiem, że zaraz chwyci za pierścień nasączony neurotoksyną, ale jakby wyczuła niebezpieczeństwo i złapała trzonek od dołu.

— Nie mogę być do końca pewna, bowiem ktoś użył bardzo starego kaligraficznego alfabetu, ale zdaje mi się, że napisano tu "Laska starca czyni go potężniejszym niż widzą go oczy młodych".

— Bardzo jestem wdzięczny, acz nadal nie wiem co miałoby to znaczyć — a Iszytka przyjrzała mu się badawczo, jakby sprawdzając szczerość jego wypowiedzi.

— Niewiele ponad to, że każdy z nas ma jakąś tajemnicę — powiedziała.

Poczuł nieprzyjemne ukłucie, przeczucie, że nawet za tym spotkaniem kryje się więcej niż by się wydawało, ale nie chciał już o tym myśleć, wystarczyło mu że Azjatka pomaga mu przejść do wagonu, który opuścił ledwie kilka minut temu.

— Taką na przyklad jak Pani imię? — zapytał chcąc zmienić niemiły mu temat.

— To akurat nie jest tajemnica. Nazywam się Nemi.

Gdy weszli na pomost przyszło mu do głowy jeszcze jedno pytanie — A skąd właściwie Pani się wzięła w męskiej toalecie? — wykrzyczał przekrzykując świst parowozu - ale ona chyba tego nie usłyszała, tylko pokręciła głową pokazując ruchem ręki na drzwi przed nimi i puściła go przodem.

Wszedł na korytarz, doszedł do swojego przedziału, zdjął mentalną barierę, którą zabezpieczył go przed intruzami i wszedł do środka. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to otwarte okno i powiewające firanki. Podszedł by je zatrzasnąć i od razu nachylił się nad otwartym już kuferkiem. Przez chwilę nie chciał uwierzyć w to co widzi - wszystkie ampułki były potrzaskane, a alkaloid szybko parował w świetle gazowej lampy. Zaczął go zgarniać, nie zważając na wbijające się w dłonie igiełki szkła, próbował uratować choć kilka kropel, ale tak cienka warstwa fotolabilnego płynu znikała po prostu w oczach, tak więc gdy doniósł dłoń do ust nie poczuł nic prócz tnących okruchów szkła.

Nie mógł zrozumieć jak mogło się to stać - kto mógł przejść barierę - drugi Zaszyty? Skąd miałby się tu wziąć - i wtedy przypomniał sobie, że większość walki jego przeciwnik posługiwał się dwoma aspektami i dopiero po kilku minutach dołączył do nich trzeci - który czas na początku walki mógł poświęcić na przybycie tutaj i zniszczenie zapasów Alki. Tylko po co to robić skoro i tak miał go zabić?

Ból narastał. Padł ciężko na kanapę i odwrócił się by zaprosić do przedziału Iszytkę. Ale jej już nie było na korytarzu.

 DALEJ  >> 


 RETROSTACJA © Krzysztof Janicz 2002-2008 | START | MAPA | KOMIKSY | KONTAKT |  RSS