IMĆ HORMAGANT WOKULSKI Aleksander Głowacki
 POD LUPĄ 
 
  RSS  START  CZYTELNIA  WOKULSKI  PAŹDZIERNIK 2006  <<  STRONA 2  >> 

 

* * *
Ledwo nie upadł, zakutany w zbyt chłodny wiosenny płaszcz z wielbłądziej wełny, nie upadł na zbyt wysokim stopniu, nie padł prosto w zbyt głośny peron, pandemonium zbliżającego się Święta Plonów. Polacy, Zulusi i cała mozaika robiących interesy w Strefie kupców różnych narodowości przewalała się przez dworzec w przeddzień głównych obchodów - niektórzy wybierali się do posiadłości znajomych ziemian, mieszkańcy prowincji przybywali do stolicy by wziąć udział w wielkim rytuale na Placu Zamkowym. Zuluscy rezydenci podróżowali po całej Interzonie koordynując obchody, kapłani Unkulunkulu przemieszczali się szukając heretyków i zaprzańców. Ludzka ciżba przewalała się po głównej hali dworca pod czujnym spojrzeniem I.H.W. odmalowanego na gigantycznym podwieszonym nad wejściem płótnem. Skulony Falk bronił się przed ludzkim tłumem barkiem, kryjąc przed dziką orgią ludzkiej masy zraniony bok. Wsunął napiwek w dłoń konduktora i rozejrzał się po dworcu.

Stalowe kolumny upstrzone były modlitewnymi chorągiewkami, podobiznami odętych murzyńską zarazą ust - a jeśli nawet jakiś kawałek uniknął podobizny Cetewayo, to i tak zainfekowany był wszędobylskimi plakacikami z podobiznami I.H.W.

Imć Hormagancka Wielmożność - rozwijano czasem ten skrót, czasem zaś po prostu rozwijano go w nazwisko. Ale I.H.W. bardziej było natarczywe, bardziej wszechobecne, trzepotało strzępami taniego brązowego papieru, lśniło kredową jasnością reklamowych płacht Kompanii Południowej, skrzyło się podobiznami wszechmocnego starca, stworzyciela Interzony, wszechmogącego i przedwiecznego prawej ręki Cetewayo, dla Brytów i dla Falka, uporczywie wierzących w posłannictwo białej rasy stanowiącego żywy dowód na to, że zuluska potęga swój początek miała w przewrotnym może, ale białym umyśle. I niech będzie w dwójnasób przeklęty starzec - pomyślał sobie Falk.

Jakie jeszcze historie krążyły na temat Hormaganta wśród zabobonnych Polaków lepiej było się nawet nie dopytywać, patrząc na ich świąteczne rozedrganie, ziejące alkoholem paszcze opitych luksusem pośredników między Południem, a Północą, przypadkowych z woli Hormaganta wykonawców zuluskich czeków, plenipotentów murzyńskich fortun zbitych na alkaloidzie, słowiańskich obiboków sprzysiężonych z kolorowym gównem tego świata.

Poczuł przelewające się fale nienawiści, przeplecionej gorącem - sięgnął krańca Grzybni i dalej czekało go już tylko narastające łaskotanie Skrętu, przeradzające się stopniowo w powolną agonię.

Tak, musiał zacząć od uzupełnienia zapasów - rozejrzał się wokół siebie i poszukał bagażowego. Jedyną osobą, która w całym tym pośpiechu zdawała się nic nie robić, był malutki chłopiec ubrany, mimo przenikliwego chłodu, w krótkie bure spodenki.

— Sprowadź mi chłopcze kabinę transdymensjalną — rzucił monetę urwisowi opartemu o słup.

— Sam Pan se sprowadź - tu nie Oranja ani nie Transwal, panie Burze Gburze, tylko wolna strefa Interzona wolności — chłopiec pozwolił potoczyć się krążkowi pod podeszwę, przydepnął go i kpiąco popatrzył na Falka.

Warto było poświęcić monetę choćby po to, żeby dowiedzieć się, że jego przebranie jest skuteczne, że na pierwszy rzut oka dało się w nim rozpoznać burskiego kupca - z drugiej jednak strony nie mógł pozwolić, by taka słowiańska szmata miała go obrażać. Ruszył w kierunku dziecka, ale ledwie odszedł kilka kroków od swojego kuferka, poczuł jak rana się otwiera i bluzga ciepłym strumieniem leniwej krwi. Zachwiał się i niemal upadł, ale podtrzymał go za łokieć zabawny jegomość w sztuczkowych spodniach.

— Nu obwiesiu, jak pana gościa się raczy przyjmować — przechodzień pogroził palcem ulicznikowi. — Dyrdnij się po szmandziankę, bo ci zaflasuję zaraz że się pół klocików tu zleci i kto będzie miał wtedy kłopoty? — spytał się obcy retorycznie, a chłopiec wypluł z ust krowiankę i ściągnął z głowy kraciastą czapeczkę. — Bo przecież nie ja, co?

— Szmajdziński — mówił już zwrócony w stronę Falka. — Miło mi, Bartłomiej, w Warszawie witam, a na gówniarza zwracać Pan nie masz co uwagi, bo to z chamów cham — i znów zwrócił się do dziecka — Jeszcze tu stoisz, szmyrgaj po kabinę dla Pana szanownego — dziecko pobiegło gdzieś w stronę wyjścia.

— Przepraszam za kłopot, ale poczułem się słabo — powiedział Falk, z trudem wyrywając się ze szczypcowatego uścisku obcego, nieco zdziwiony czując jakby obcy, korzystając z bliskości obmacywał go po kieszeniach. — Greis van Der Grootgar, kupiec z Transwalu — to musiało być złudzenie, zerknął dyskretnie, ale ręce Polaka miał cały czas przed oczyma. Uchylił skórzanej czapki — Chwileczkę mój bagaż — zwrócił się do mężczyzny i spojrzał się za siebie.

Gdy tylko się odwrócił, zobaczył, że kuferka już nie ma. Stał tam przez chwilę omywany pospiesznym strumieniem świętujących Polaków, kilka razy potrącony przez wyniosłych Zulusów zakutanych w ten wczesnowiosenny dzień w grube kożuchy i nastroszone na wierzch włosiem lisie szuby. Znów się odwrócił, szukając pomocy u swego wybawcy, ale on również znikł. Powoli zaczął odczuwać jak wiele umiejętności tracił bez Grzybni - stawał się bezbronny jak każdy człowiek, wyzbyty swoich wyostrzonych zmysłów, które zwykle z bezlitosnym uporem siekały świat na kwanty istotnych informacji, odrzucając nieważne dane. Gdyby miał w sobie wystarczającą ilość Alkaloidu, nie dałby się podejść jak dziecko, częścią świadomości obserwowałby pozostawiony za plecami kuferek, nie utraciłby swoich narzędzi - analizatora szerokopasmowego, glążni, kilku sztuk broni mniejszego kalibru, dyssonatora, wszystkiego tego co wchodziło w skład standardowego miniaturowego zestawu, z którym jak dotąd się nie rozstawał, a z którego został mu tylko zawinięty na nadgarstku krępulec.

Z drugiej strony uświadomił sobie, że gasnący w jego ciele alkaloid odblokowuje pokłady od dawna nieużywanych obszarów, poczuł jak falami wracają do niego zblokowane słowa, całe tajfuny zapomnianych grzybiczną trucizną stłumionych opowieści. Co zrobić z tym nieoczekiwanym bogactwem? - jedyne co przyszło mu do głowy to długa i barwna wiązanka najbardziej wymyślnych przekleństw we wszystkich znanych mu językach. Przysiadł na marmurowych płytach peronu i nie zważając na potrącających go przechodniów, długo i rzetelnie przebierał we wszystkich znanych mu bluźnierstwach. Gdy ten słowotok nieco go wyczerpał, a bardziej może jeszcze zmęczony niewielkim ale uporczywym krwotokiem z rany, uniósł głowę i zobaczył, że stoi nad nim ulicznik, od którego to wszystko się zaczęło.

— Gdzie poszedł ten mężczyzna? — przerwał potok przekleństw, zwracając się do urwisa.

— Nie wiem Panie, ja tam nie patrzę gdzie Bartek chodzi bo to nie moje kalibry — dziecko stało tam w napięciu wypatrując czy Falk znów nie spróbuje go uderzyć. — Ale gadanę to Pan masz — dało się słyszeć w jego tonie prawdziwy podziw. — Dużo to tam nie rozumiałem, ale to co zahaczyłem primasorcik, nie siada — wyciągnął do Falka rękę z malutka fajką — Sztachnij się Pan suszoną Grzybnią, bo żeś Pan zasłużył — i gdy Falk wziął od niego fajkę, chłopiec wcisnął mu do dłoni jakąś monetę. — To Pana, głupio było by kraść od takiego morowego faceta piniądz.

Falk nie słuchał co dziecko ma jeszcze do powiedzenia, rzucił się łapczywie na fajkę i zaczął rozpaczliwie ssać mdlący dym. Palił tak szybko i intensywnie, że w pewnym momencie musiał rzucić fajkę na ziemię, nie mogąc wytrzymać już dotyku rozgrzanej główki. Ale choć wypalić musiał sporą dawkę, surż nie nadszedł, a Falk zaczął sobie powoli uświadamiać, że zdobycie grzybni o takim stopniu oczyszczenia do jakiego przywykł, może nie być łatwe.

— Żesz Pan masz cug - troszkę kitu widzę Panu nie zaszkodzi — dziecko pochyliło się nad nim i podniosło go za łokieć, otrzepując ze strzępów papierów - narastający wiatr szarpał w makulaturowy pył tanie zwiastuny Hormaganta.

— Kabinę Panu sprowadziłem - chodźmy razem to poszukamy jakiegoś towaru co to by panu lepiej pasował - a na mnie mówią Kret.

— Muszę się dostać w to miejsce — wcisnął dzieciakowi adres swojego łącznika. Kret rzucił okiem i się uśmiechnął.

— Od razu wiedziałem komu pomagam. Byle kto do wujaszka Dżazusa nie jeździ. Chodźcie, transdymensjalką to będą dwie minuty.

Falk poszedł za nim, tracąc powoli kontakt ze światem, roztapiając się wśród rozgardiaszu warszawskiego dworca, wtapiając się w Interzonę Polska, bardziej jeszcze amorficzny niż całe to miejsce.

* * *

7 grudnia 1921 Interzona Polska sięgała przedmieść Berlina, 150 kilometrów dalej niż tydzień zaledwie wcześniej, dużo bliżej zaś niż rekordowego dnia gdy pierwsze oznaki wkraczania w strefę zauważyć się dało w okolicach Zagłębia Ruhry. 3 stycznia 1899 obejmowała największe terytorium, 5 lipca zaś 1885 osiągnęła swoje minimum, choć i tak była wtedy dużo większa niż w dniu swojego powstania, kiedy to I.H.W. rozłożył ręce i powiedział — Niech się stanie — i stała się między małym palcem jego lewej ręki, a prawym kułakiem złożonym w mudrę Grzyba. Czy też inaczej to zapamiętał, inaczej zapisał i tak już zostało w neodymowych obwodach kopizatora:

Tamtego dnia Interzona Polska zawarła się między lewą, a prawą dłonią Wokulskiego. Złożył palce lewej ręki we właściwej kolejności - tak jak dopiero w przyszłości miał się nauczyć na Syberii - mały palec do swojego kłębu, serdeczny w utworzony przez poprzedni pierścień, środkowy w zgięcie czwartego, wskazujący opleciony środkowym, kciuk zgięty pod kątem prostym odpierał się pod zwiniętymi palcami, nadgarstek nieco odgięty. Prawa dłoń wskazała Cetewayo wszystkie możliwe przyszłości — Murzyni wyładowywali kolejne skrzynie z karabinami Escabeau, kolejne butho uczyły się obsługi nowej broni i walki w szyku.

— A to wszystko za garść brunatnego proszku — pomyślał dotykając pękatej fiolki w kieszeni. Proszku, który zaczynał powoli zmieniać cały świat - tysięczne potencje Alki wystarczały by ożywić pochylonych nad grobem starców; krople czystej esencji dawały niepojęte do końca moce - czuł to w swojej głowie czuł jak się tam rozsiada, jak od pierwszej chwili, gdy nudą bardziej pchany niż ciekawością, oczyścił naftolem próbkę rytualnego zuluskiego zielska zwanego Bulwą Buszmena, Alka wplata się w niego nierozerwalnie, już na zawsze otwierając przed nim wszystko co może się zdarzyć. Czuł, że nigdy już nie będzie taki sam i już zaczynał tęsknić za czasami warszawskiego sklepu, rosyjskiego handlu, wojny na Krymie, za całym tym światem Rzeckiego, który miał odejść zdmuchnięty brązowawym pyłem, za który ludzie będą się zabijać, pyłem który w proch puści brytyjskie władztwo, drapać będzie w gardło możnych tego świata. Zamieni władców w sługusów trybów wymiany, pół-dzikich uczyni władcami Alki i nawet I.H.W. - bo tak go nazwą - nie będzie mógł wydrzeć im tajemnicy jej hodowli.

— Kto ich zatrzyma — pomyślał rozkładając bardziej jeszcze ręce, aż przyboczni zuluskiego króla przyjrzeli się podejrzliwie czy nie składa się do ataku - ale on tylko poczuł jak ręce rozrastają mu się, jak oplata nimi cały glob i był już dużo później, dłoń nadal trzymał złożoną w mudrę grzyba, tym razem pamiętał jednak chwilę gdy jej się uczył.

Pochylił się i srebrnym rysikiem zakreślił Interzonę raz jeszcze na dzisiaj i na zawsze, czy przynajmniej do następnego obrotu kopizatora.

* * *

Wysiedli pod brudną kamienicą, strzępki papieru zasłaniały okna, furkotały w powybijanych szybach wejściowych drzwi. Kret wprowadził Falka na klatkę, ciągnąc go po wyślizganych marmurowych schodach.

Gdzieś wyżej na półpiętrze trzasnęły drzwi i nad balustradą zafurkotała lejąca się spódnica. — Kurwiszony, zawołajcie mi tu wujaszka — wrzasnął chłopak i oparł agenta o ścianę.

Rany Falka zaczęły się goić - naturalnie, bez udziału Alki, Grzybnia opuściła go już niemal całkiem, tliła się może gdzieś na krańcach świadomości, światło w kierunku którego bez wahania podąży, gdy tylko ktoś zapewni mu odpowiednio rafinowany alkaloid. Na razie jednak musiał polegać na ludzkich zmysłach, zmąconych jeszcze syndromem odstawienia.

Posuwał się po schodach w stuporze, obserwując z obojętnością jak stopy pchane wyuczonym automatyzmem unoszą go stopień po stopniu ku górze. Dawno nie czuł Skrętu. Służba miała dla niego zawsze najlepszy materiał, Alkę będącą niemal idealną esencją Grzybni, nie mógł na niczym innym skupić myśli, obojętne mu było gdy zwymiotował na swoje spodnie, obojętnie zniósł razy jakiejś dziwki, którą przy tym pobrudził, nie zauważył, że dotarli już na piętro, że Kret przeciąga go przez obłażące z farby drzwi, rozganiając wychylające się z drzwi kobiety.

— Dajcie drogę, kurwiszony. Gdzie wujek rezyduje, w bawialni czy w łaźni siedzi?

* * *

Sytuacja nie przedstawiała się dobrze. Okazało się, że zuluski kontrwywiad rozpracowywał brytyjską siatkę i na jakiś czas trzeba było zamrozić sieć agentów. Alka najwyższej jakości była w Interzonie zastrzeżona dla wąskiej grupy wybrańców, a zamknięcie kanałów przerzutowych sprawiło, że Dżazus miał ledwie jedną malutką fiolkę cennej substancji - na dodatek nie był to ekstrakt bojowy, ale dekokt medyczny z Alki. Falk zużył ją na miejscu, ale było to zdecydowanie za mało na jego potrzeby - pomogło mu to co prawda wyleczyć rany i nieco zmniejszyć Skręt, ale nie było w stanie przywrócić jego umiejętności.

Dżazus proponował dobę odpoczynku.

— Jutro uruchomimy inne kontakty i zdobędziemy Alkę — rozmowa odbywała się przy masażu, Dżazus okazał się bowiem sprawnym masażystą.

— Przesiedzisz u mnie kilka dni, minie Święto Plonów, zuluskie szpicle się uspokoją i będziesz mógł wrócić do zadania. Zresztą Ochocki wyjechał na kilka dni. Podobno spotyka się z Ciołkowskim. Moi agenci twierdzą, że będą dyskutować kwestie wykorzystania korpuskularnych eksplozji do napędzania stacji orbitalnych Ciołkowskiego.

Falk mruknął coś pogardliwie, osobiście bowiem nie wierzył w te kosmiczne rosyjskie mrzonki.

— A wiesz, że my się już kiedyś spotkaliśmy — zmienił temat Dżazus. — To było chyba dwadzieścia lat temu.

— To musiało być zaraz po mojej Przemianie — rzucił Falk.

— Możliwe. Służyłem wtedy w armii otomańskiej, w korpusie który miał wam pomóc w obronie Kraju Przylądkowego.

— Zrobiła się z tego porażka większa niż pod Isandlwana — zaczął wspominać Falk. — Przynajmniej po Kapsztadzie wiedzieliśmy, że bez reform w armii nie da się zatrzymać Zulusów.

— W każdym razie — ciągnął Dżazus — widziałem cię podczas walki o brody na Vaalrivier. My zostaliśmy odcięci po drugiej stronie. Dostałem się wtedy do niewoli i chyba z pięć lat siedziałem w obozie koncentracyjnym. Zulusi przejęli je od was. Nic przyjemnego.

— A jak się w końcu znalazłeś w Interzonie?

— Cetewayo ogłosił amnestię gdy zajęli już całą Afrykę, Bliski Wschód i Azję Mniejszą. Wróciłem do Turcji, ale porządki robił tam Kemal Pasha. Nie mogłem patrzyć jak ten zuluski sługus zamienia mój kraj w satelitę Imperium. Uciekłem przez rosyjską granicę - po separatystycznym pokoju z Zulusami nie była tak ściśle pilnowana — Falk skrzywił się bo pod uciskiem dłoni Dżazusa chrupnęło mu w kręgosłupie.

— W Rosji szalała wtedy ksenofobia rozpętana przez Stołypina. Dokąd miałem wyjechać? Iran, Chiny, Indochiny - wszędzie krwawa wojna.

— Na Dalekim Wschodzie udało nam się ich zatrzymać — wtrącił Falk.

— Wtedy to nie było jeszcze takie pewne. Bałtyk był zablokowany, a Skandynawia nie przyjmowała uchodźców. Bałkany - kolejny front. Pozostała mi tylko Interzona.

Dżazus skończył masaż i zawołał służących, by przygotowali Falkowi kąpiel.

* * *

Oszczepy i krowy - pomyślał sobie, odchylając się na wózku. Tyle potrafiliśmy od nich przejąć. Nieudolnie namalowane zuluskie motywy przysłaniały mu widok na klatkę, pochylił się więc do przodu, zrzucając przy tym leżący mu na kolanach pled. Z angielskiej wełny - uśmiechnął się pod nosem. Stojąca za nim Iszytka bezszelestnie pochyliła się podniosła koc z ziemi i przykryła mu kolana. Oparł dłonie na poręczy i przyjrzał się im przez chwilę.

— Może ich pośpieszysz. Jeszcze nie możesz się przeziębić — z grzecznym ukłonem spytala Iszytka.

— Chyba nie, zresztą już idą — pokazał ręką na wymalowany świetlik.

W dole światła karbidówek rozświetliły szeroką klatkę. Wielkie cienie wyprzedzały swoich właścicieli - grupę żołnierzy w samodziałowych mundurach z naszytymi na piersi białymi krzyżami i czerwonymi kepi na głowie, równym krokiem wchodzących po schodach. Na piętrach zza balustrad wychylały się głowy kobiet, ale gdy dostrzegały tylko Żuawów Śmierci i idące za nimi trzy postaci, chowały się szybko, zostawiając za sobą lejący się szum spódnic, który plątał się z drżącymi odbiciami zuluskich Przemienionych.

— Myślisz, że da radę — starszy mężczyzna odwrócił się do Azjatki.

— Nikogo innego i tak już nie znajdziemy — powiedziała i popchnęła wózek w stronę złożonej aerodyny Lilenthala.

— Nie, poczekaj — położył dłoń na futerku porastającym wierzch jej dłoni. — Jeśli to ma być początek, to chcę to zobaczyć.

Kobieta posłusznie zawróciła w miejscu i znów dopchnęła go nad świetlik.

— Jak sobie życzysz, Hormagancie.

I.H.W. wyciągnął zza pazuchy miękkiego surduta kopizator i zaczął notować w nim srebrnym rysikiem.

— Nie jest za ciemno? — spytała to patrząc mu przez ramię w stronę ich maszyny latającej.

— Już od dawna nie muszę patrzeć na to co piszę — odpowiedział Wokulski. — Proszę, rozłóż tylko ślizgawca, wrócę już sam, a ty zajmij się naszym mieszańcem. I nie martw się na zapas - dam sobie radę - napiszę nam obojgu dobry powrót do domu.

— Nie martwię się - czułam że zbliża się burza i wzięłam dla Ciebie Sturmflügel-Modell.

Odeszła kilka kroków i jednym mocnym pociągnięciem rozłożyła ażurowy kształt. Okrążyła maszynę, Wokulski widział teraz tylko jej sylwetkę przesłoniętą błonkowatą materią rozpiętą między żebrami aerodyny.

Zobaczył jak podnosi głowę i otwiera usta starając się przekrzyczeć narastający wiatr.

— Dokąd mam go zabrać? — doszedł go jej głos.

— Do Ignacego. On go wyśle dalej.

 DALEJ  >> 


 RETROSTACJA © Krzysztof Janicz 2002-2008 | START | MAPA | KOMIKSY | KONTAKT |  RSS