IMĆ HORMAGANT WOKULSKI Aleksander Głowacki
 POD LUPĄ 
 
  RSS  START  CZYTELNIA  WOKULSKI  PAŹDZIERNIK 2006  <<  STRONA 3  >> 

 

* * *
Leżał zanurzony w stygnącej wodzie przyglądając się jak świt wyostrza cienie na ścianie. Skończył właśnie czytać artykuł "Koniec mrzonek o przesyłaniu elektryczności", który autor konkludował następującym akapitem:

"Choć więc od doświadczeń Örsteda i Faradaya mija już 100 lat i źródła energii w postaci ogniw elektrotonicznych weszły do powszechnego użytku, to powtarzające się niepowodzenia w wytwarzaniu elektryczności w inny sposób każą się zastanowić, czy kiedykolwiek uda się wprowadzić nowe zastosowania dla prądu. Warto może przytoczyć tu słowa Thomasa Edisona, parowego potentata Ameryki: »Prąd wysyłany na odległość to taka sama mrzonka jak napęd spalinowy, czy mityczny silnik wysokoprężny i tak samo jak te oba poronione wynalazki miejsce jego jest w muzeum osobliwości«."

Falk odłożył trzymaną w ręku gazetę. Cieniutkie języczki pary ciągnęły się po podłodze w kierunku szpary pod drzwiami. Uniósł się nieco i sięgnął po kubek naciągu z Alki. Wzdrygnął się nieco czując zimne powietrze na wilgotnej skórze, pociągnął szybko łyk korzennego napoju i zanurzył się znowu. Bijący spod drzwi poblask na chwilę zamigotał, jakby ktoś przeciął snop światła, ale nie usłyszał żadnych kroków - za to delikatnym rozmyciem krawędzi percepcji wkradło się w jego głowę dziwne, duszące uczucie. Zanurzył się jeszcze głębiej, zostawiając nad powierzchnią wody tylko nos i oczy.

Snop światła poszerzył się nieznacznie, ale nagle na korytarzu zabębniły czyjeś kroki, drzwi znów się przymknęły ledwie na kilka chwil i otworzyły znowu szeroko na oścież. Do pokoju wpadł Dżazus wrzeszcząc na całe gardło:

— Ktoś się wkradł do burd... Widziałem jak tu zagląda ale nie ma go... jeszcze chwilę tu stał temu uchylił drzwi... — ale już nie dokończył. Zobaczył Falk z żabiej perspektywy jak jeszcze nie całkiem wstawiony do łazienki urywa nagle i pchnięty do przodu olbrzymią siłą rozwiera drzwi na oścież i wyrzucony jak z procy uderza w ścianę naprzeciwko Falka, rozbija głowę o terakotowe płytki, rozpłaszcza się na nich ciągnąc za sobą smugę czerwieni aż do samej ziemi, opada jak zmięta szmata.

Falk delikatnie zanurzył się do końca, rozgarniając kłęby piany tak, by przez cienką warstwę wody dalej móc obserwować wejście.

Do pokoju wsunął się wysoki szczupły czarnoskóry, mimo panującego zimna ubrany w skąpą wyszywaną w zielone i żółte romby przepaskę. Nad brwiami miał szereg wypukłości jakby skóra wypchnięta była małymi regularnymi kamykami. Wślizgnął się do pokoju i mrużąc oczy zaczął rozglądać się po pomieszczeniu.

Przemieniony - rozpoznał natychmiast Falk.

Czarnoskóry używał infra, ale i tak za chwilę musiałby się domyśleć, że szukany przez niego człowiek kryje się w cieplnym cieniu wielkiej marmurowej wanny. Musiał wymyślić coś, co dałoby mu chwilę, chociaż małą szansę, kilka sekund zwłoki, w ciągu których dostałby się do okna.

Drgnął bezwiednie, a drobne falki na powierzchni wody przyciągnęły natychmiast uwagę Zulusa. Widział jak rozmyty czarny cień podchodzi do wanny - miał jeszcze przed sobą dobre kilka metrów, ale Falk poczuł jak tamten zaczyna przyśpieszać, wyrwał się więc gwałtownym szczupakiem w górę. Pierwszy zwód był dla niego - zamiast bowiem rzucić się do drzwi czy do okna cofnął się do rogu, skąd teoretycznie rzecz biorąc nie było ucieczki. Widząc to Przemieniony bez żadnych już środków ostrożności zaczął przyśpieszać, szarżując na Falka włócznią assegai. Musiał zdążyć zanim dobiegnie - wydłużał krok z każdym tupnięciem, wielkimi skokami przebędzie dzielącą ich przestrzeń w czterech skokach - pierwsze łupnięcie, Falk oparł się i przysiadł w rozkroku na biegnących kilkanaście centymetrów nad ziemią rurami z ciepłym powietrzem, prawą ręką sięgnął ... drugie łupnięcie ... i przeważył w swoją stronę wannę pełną wody, miał za mało siły by unieść ją bez pomocy Alki, ale pamiętał że gdy wchodził ... trzecie łupnięcie ... przechyliła się na skróconej nóżce, pchnął ją więc teraz w dół, bezwładna masa wody przelała się i rozległym echem cofnęła znowu i gdy uderzała w przeciwległą ściankę dołożył cała swoją siłę i zamiast usłyszeć czwarte łupnięcie po łazience rozniósł się gruchot przewalającej się wanny Fontanna rozbryzgującej się wody zbiła na chwilę z tropu szarżującego Przemienionego, zmylił krok, a Falk odbijając się z wilgotnej krawędzi, wyskoczył saltem nad ostrzem wycelowanym w swoją pierś i wylądował za napastnikiem, jednak przeciwnik chwilę wcześniej przeturlał się po podłodze i znów zablokował drogę ucieczki Falka.

Uchylił się raz, gdy czarnoskóry wyprowadził cios na szyję. Szybki cios, uderzał szybciej niż ktokolwiek z kim Falk kiedykolwiek walczył, zahaczył go trzema podgiętymi palcami pod żuchwę, uniósł bez wysiłku i rzucił o ścianę. Lecąc jeszcze usiłował się obrócić, wylądował prawie pionowo, ale poślizgnął się na kałuży wody i wywalił na podłogę, waląc głową o krawędź wywróconej wanny. Świat rozbłysł błękitnym światłem, które natychmiast zniknęło - w jego powidokach zobaczył jak tuż nad głową przechodzi mu ostrze assegai - jej czubek ociekał mazistą brunatną substancją. Kątem oka zobaczył, że Przemieniony cofa gwałtownie wysunięte daleko uzbrojone ramię i odchylając się do tyłu przygotowuje do zadania następnego ciosu. Zwalczające się przyspieszenia oderwały kroplę trucizny z ostrza.

Brązowa substancja zaczęła nieodwołalnie opadać w stronę twarzy Falka. Sięgnął za siebie i zagarnął ręką kawałek skorupy z rozbitego dzbanka, rzucił nią i nie do końca temu dowierzając zobaczył jak okruch półokrągłym torem wznosi się, uderza kroplę, odbija ją kilkanaście centymetrów nad jego twarzą, kierując truciznę w stronę twarzy Przemienionego.

Czarnoskóry zawył dzikim skowytem, skóra pod przyklejoną substancją zaczęła się błyskawicznie rozchodzić, a Przemieniony wyjąc jak dzikie zwierzę wybiegł na korytarz, zatrzaskując za sobą drzwi.

Falk ruszył za nim, ale nim zdążył dobiec do drzwi, otworzyły się one znowu i do łazienki wbiegła znajoma Iszytka.

— Nie ma czasu, on zbyt dobrze zna tę truciznę, zaraz przestawi metabolizm i ją usunie — powiedziała urywając w pół słowa potok pytań. — A wtedy tu wróci. Lepiej to załóż — rzuciła mu ubranie.

Zaczął wskakiwać w spodnie. — Znowu się spotykamy — zaplątał się w nogawkę i niemal przewrócił na ziemię. Chciała go podtrzymać, ale uchylił się od jej uchwytu i szybko dokończył się ubierać.

— Nie wiem czego ode mnie chcesz, ale myślę że bierzesz mnie za kogoś innego — powiedział szorstkim tonem dopinając guziki.

— Czyż nie tak jak wszyscy - wszyscy których znasz, którym ufasz, biorą cię za kogoś innego — pochyliła się nad nim i spojrzała prosto w oczy.

— Jest ich jeszcze dwóch - jeden czeka na dole, drugi przeszukuje pokoje. Musimy dostać się na dach — kończąc zdanie odchyliła grube zakurzone kotary i zaczęła siłować się ze spaczonymi oknami. Pomógł jej - rozdzierający trzask poniósł się po całym pokoju. Na chwilę zaległa cisza, ale zaraz przerwał ją rytmiczny odgłos skrzypiących stopni.

— Któryś nas usłyszał, przytrzymaj mnie — wygięła się w tył, Falk przytrzymał ją za nogi i poczuł pod palcami jak pracują jej uda.

Wyjęła zza pazuchy małe urządzenie i prostując przed siebie dłonie wymierzyła je w niebo, grawerowana czarna kotwiczka celowała prosto nad jej głowę z cichym poszumem wzbijając się i ciągnąc shigarową linkę gdy zwolniła spust.

— Złap mnie w pasie — powiedziała do Falka, gdy usłyszeli stukot metalu o blaszany dach i już tylko zostało im obserwować jak do pokoju, który właśnie opuścili, wbiega inny Przemieniony, niższy niż tamten, z którym dopiero co rozprawił się Falk. Mechanizm unosił ich do góry w kierunku dachu

— Skąd się tu wzięłaś? — spytał.

— Zachowaj oddech na później. Zulusi nie zostawią nas w spokoju. Na dachu mam aerodynę, jeśli uda nam się tam dostać będziemy mieć spokój na kilka godzin.

W miarę jak unosili się wyżej, napędzająca trahetor sprężyna nadawała im coraz większego przyśpieszenia. Falk poczuł jak ręce osuwają się z kibici Iszytki i by nie odpaść od niej przycisnął ją mocniej do siebie.

— Będziemy musieli się rozdzielić — spojrzała mu w oczy.

— Nie masz Alki? — odpowiedział pytaniem.

— Nie. Nie taką jak potrzebujesz. Ale znam kogoś kogo powinieneś odwiedzić.

Przy krawędzi dachu odbili się nogami od ściany i miękkim wahadłem przerzucili się nad rynną. Na górze czekała na nich niespodzianka. Drogę odwrotu odcinała im grupka Żuawów.

Było ich ośmiu. Ustawili się na strzeleckiej pozycji i wycelowali w Falka ignorując całkowicie Nemi.

Agent uśmiechnął się pod nosem. Ośmiu strzelców nie było w stanie zatrzymać Przemienionego, nawet jeśli - tak jak ci - wyposażeni byli w karabiny maszynowe. Do Uniku nie potrzebował Alki.

Lekko zaczął biec w ich kierunku, a gdy padły pierwsze strzały zaczął powtarzać sobie co mówił jego instruktor.

— Kula jest głupia. Mądry jest człowiek, który jej używa, ale gdy tylko naciśnie spust nie ma już nad nią kontroli. Ty jako cel masz kontrolę do końca. Wystarczy się skupić, a żadna kula cię nie draśnie.

Dobiegając do strzelców pomyślał sobie, że instruktor byłby z niego zadowolony.

Gdy rozprawił się już z żołnierzami odwrócił się do Nemi

— Żaden nawet nie próbował uciekać. To jacyś głupcy.

— To byli Żuawi Śmierci. Przysięgli nigdy się nie wycofywać. Lepiej tyle nie gadaj, za chwilę będą tu Przemienieni. Ich nie złapiesz na kilka prostych uników.

Pobiegli w kierunku aerodyny i zanim na dach dostali się Zulusi, już unosili się w powietrzu.

— Zaraz się rozdzielimy — Nemi wsunęła mu w dłoń wizytowy bilet. — Idź pod ten adres. Ignacy ci pomoże.

* * *

— Wchodzisz, ale powoli, powoli żeby nie naruszyć - stań tam najlepiej — Falk oparł się o framugę, rozejrzał w poszukiwaniu źródła głosu, ale nie mógł go nigdzie dojrzeć.

Małe wejście nie zapowiadało ciągnącej się za nimi wielkiej fabrycznej hali oświetlonej kiedyś rzędami gazowych lamp - teraz źródłem światła były małe kaganki porozstawiane przy podtrzymujących żelazne dźwigary kratownicach. Wsunął się głębiej cały czas wtulony niemal w ścianę, przytulił policzek do framugi i zaczął nasłuchiwać odgłosów pogoni, ale Przemieniony dał się złapać na jego fortel. Wyprostował się i zaczął iść w kierunku głosu.

— A teraz w lewo dwa kroki, nie mogę podejść, spiąłem się z kopizatorem, ale wejdź, miałeś przyjść trochę wcześniej, kłopoty, na razie może nie odpowiadaj, ja nie wiem, rzadko ktoś mnie odwiedza, nie wiem jak to by wpłynęło na kopizator i teraz do przodu między tymi dwoma galwanizatorami — szedł dalej kierując się wskazówkami. Sięgnął znów do Synestezji, zupełnie bezwiednie, z odruchu bardziej niż świadomie, nie mógł się spodziewać, że jakaś moc wróci bez Alki, ale ku jego zdziwieniu odczuł jak na granicach percepcji zaczyna odczuwać znajome rozmycie i choć trwało to krótką chwilkę, to głos mężczyzny, który zapraszał go do środka, pojawił się przed nim wielką kolumną fioletowego światła, która na krótką chwilę przysłoniła całe wnętrze. Zachwiał się na nogach i potknął o stertę żelastwa, które zagradzało mu dalszą drogę.

— W sumie tak nie ma to większej wartości, nie więcej niż materiał, na którym to zrobiłem - tak to właśnie jest, rozumiesz, powtarzalność - miękka realizacja - nie twarda, nie dzieło, nie Czysta Forma, nie Logos, ale powtarzalność, seryjność, kopizatory — zatoczył się kilka kroków do tyłu, a mężczyzna nie przestawał mówić — Rozumiesz, to jest takie miękkie, właśnie wyczerpane, rozumiesz. Nie ma władzy, rozpracowałem ją, nie ma - teraz możesz iść dalej.

Coś zachrzęściło mu pod stopami. — Właśnie teraz przeszedłeś po skopizowanym Ochockim, zamówił u mnie swój portret i brakowało czegoś, rozumiesz, kopizator, no wszystkie są takie same, wciąż się powtarzają, przychodzą tu tabunami do firmy portretowej. — I jeszcze kawałek do przodu. Spojrzał pod nogi i zobaczył, że idzie po kwadratowych obiektach, wyglądały jak gobeliny utkane ze sztywnych igielitowych rurek, ale gdy przyjrzał się bliżej zobaczył, że każda prawie zrobiona jest z czego innego, kolorowy splot nie układał się jednak w odczytywalne wzory.

Wyprostował się i rozejrzał wokół - to co na początku zdawało się w ciemnościach zwałowiskami gruzu, okazało się być trójwymiarowymi obiektami splecionymi z przenikających się nawzajem wypustek wykonanych z przeróżnych materiałów. Widział w świetle małej grupki kaganków, że były tam przemieszane próbki węgla, rdzewiejącej stali, bakelitu, pomarańczowego lorkonu, drewna. Coś przyciągnęło na chwilę jego uwagę, przykucnął i spojrzał pod światło. Wyrastające z poustawianych równolegle płaszczyzn wyrostki splatały się w przestrzenne kopie ludzkich twarzy - całe pomieszczenie było nimi zasłane, stały w spiętrzonych kupach, trudno było uwierzyć w siłę, która wbrew grawitacji trzymała je razem w pogarbionych stertach.

Kilka następnych kroków odsłoniło przed nim rozległe podium wysokie na kilkanaście centymetrów, wyłożone płachtami orawaru. Pośrodku klęczał dość wysoki mężczyzna, opierając dłonie na kopizatorze. Odwrócił się w stronę Falka. Głęboko osadzono oczy, otoczone grubymi zrastającymi się nad nosem brwiami, spojrzały przez chwilę z nieznośnym skupieniem. Grzbietem przedramienia uniósł rondo kapelusza i nadął starannie wygolone policzki.

— Dostałem tę kartę wizytową od Nemi - podszedł krok do przodu w kierunku mężczyzny.

— Stanisław Ignacy Witkiewicz — przedstawił się gospodarz. — Ogarnę jeszcze to zamówienie i już się Panem zajmuję — ruchem łokcia wskazał gościowi kąt w świetle dziwnych lamp, wypełnionych ciągnącymi się żarzącymi kulami, które unosiły się i opadały w rytm sączącej się z patefonu optycznego muzyki.

— Neomodernistyczne bufony, wie Pan oni wszyscy chcą mieć swój portret, jakby było coś w tych utwardzonych Grzybem słowiańskich gębach. Ale to się świetnie składa — przestawił kilka pokręteł na panelu kopizatora. — W mojej metafizyce wyczerpania, właśnie takiej realizacji szukam. A co pan o tym myśli?

— Ja zajmuję się raczej handlem — Falk rozsiadł się na wygniecionym fotelu. Czuł się w tym wnętrzu zupełnie bezpieczny, oddalony od wszystkiego, co pozostawił za sobą, wydarzenia ostatniej doby rozwlekły się na milionach niedokończonych portretów. Oparł się wygodniej — I przychodzę w sprawach handlowych.

— I nie ma tu żadnej sprzeczności - tzw. Sztuka jest obiektem co najwyżej - musi zostać umieszczona w nowoczesnych strumieniach przepływu dóbr i informacji i dopiero wtedy zredukowana, zmiękczona nabiera odpowiedniego dystansu, kreacyjnej intensywności.

Witkacy podniósł się wreszcie z klęczek — Świetnie pan zadziałał z portretem Ochoja - świetnie naprawdę, pozwolę sobie dopisać tam - tuż obok Alka dwa piffka. Falk, pozwolisz że się tak będę zwracał. Czego się napijesz - może kumysu?

— Długo znasz Nemi? — spytał Falk.

— Od czasu jak robiłem portret I.H.W

— Widziałeś Hormaganta? — Falk nachylił się, trącając brudną szklankę dłonią. Grube denko zahurgotało po niskim stoliku, ale szklanka nie przewróciła się.

— Tak. Był tu kilka razy, zadawał mi dziwne pytania. Trochę o moich koncepcjach, ale głównie rozmawialiśmy o literaturze. Ty też pisujesz?

— Ja mam raczej ograniczone słownictwo

— Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? — i Falk ze zdziwieniem nie potrafił skontrować tego pomysłu. Zaczął się nad tym zastanawiać - myśli zaczęły podążać dziwnymi ścieżkami - jakby słowa Witkiewicza otwierały wciąż nowe, od dawna zamknięte obszary.

— Ten bandyta Grenet nie używa więcej niż 3000 słów - myślę, że nawet Zaszyci znają ich więcej — Witkacy parsknął śmiechem, a Falk nie chciał wdawać się w dyskusje na temat zasobu słownictwa Przemienionych.

— Nadzieja polskiej literatury eksploruje środowisko podrzędnych handlarzy Alką i dorożkarzy - ciągnął Witkacy - zresztą wielce udanie trzeba powiedzieć. Nie masz się co krygować. Dziś wszyscy piszą. Cała nasza populacja żyje w histerycznym napięciu jakimś fizjologicznym wyrzygu słów - tak jakbyśmy chcieli przyśpieszyć ostateczne i nieuniknione wyczerpanie.

— Mimo wszystko nie ciągnie mnie to — odpowiedział Falk. — Ja nawet nie czytuję książek. Wszystko co wiem, zostało mi przekazane — powiedział i zaraz się przeląkł, że Witkacy odczyta z tego więcej niż Falk chciał powiedzieć.

— Wracając do Hormaganta...?

— Okazało się, że wcale nie chce portretu. Zadawał mi coraz dziwniejsze pytania, ale chyba nie był zadowolony z wypowiedzi. Polubiłem go, tak myślę, on chyba mnie też, choć z jego strony - no nie wiem miałem wrażenie, że to taki drugi impuls, jakbym sprawił mu czymś zawód i dopiero później się do mnie przekonał — odwrócił się z wysoką szklanką wypełnioną pienistym mlecznym płynem. — Nie za dużo mówię?

— Nie. Już dawno nie czułem się tak na miejscu — odpowiedział Falk i sięgnął po drinka. — Masz trochę Alki? — zapytał i zrozumiał co go tak uspokajało w tym miejscu. Cała pracownia była przesiąknięta aromatem mocnego, bliskiego doskonałości ekstraktu.

— Albo za chwilę - lepiej powiedz mi coś o swoich portretach — pociągnął duży łyk umieścił go w wydętym policzku i wstrzyknął go do ust przez zaciśnięte zęby. Mleko spieniło się jeszcze bardziej - przypomniał mu się smak dzieciństwa, w ustach zrobiło się słono, poczuł mdlące rozlewające się uczucie w nogach, odczucie wielkiego wstydu. Wypluł płyn na podłogę — Przepraszam.

— To ja przepraszam - nie wszyscy przepadają za napitkami Koloredów — Witkacy sięgnął po szklankę Falka. — Zostaw, wyschnie, wygląda dobrze, tak bardzo dobrze.

Zrobił kilka kroków do przodu i gwałtownym ruchem rozrzucił jeden z piętrzących się stosów.

— Gdzieś to miałem, te portrerty, trzeba się z czegoś utrzymywać. Mam taką koncepcję, różni tu przychodzą, ja ich staram się odtworzyć w miarę wiernie i później kopiuję odtwarzam, powielam. Mam tu kopizator - nie jest dokładnie taki jak to czego używa się na co dzień. Jest dostrojony do mnie, nie wnikam, nie będę ci opowiadać - kiedyś, no nie, właściwie dużo o tym myślałem, ale kiedyś dostałem taką Alkę - od Hormaganta zresztą. Po prostu usiadłem i to zrobiłem. To przekłada to co widzę, ludzkie twarze na - no, szablon, tak, coś co da się później odtwarzać - tam jest druga maszyna, wziąłem wtedy trzy ampułki było dość intensywnie - nie kontrolowałem surży, no w każdym razie wystarczy wsunąć w nią to co wyszło z kopizatora i rzucić trochę materiału - biorę co wpadnie mi w ręce - to jest taki szablon i powtarzam, powielam, to właściwie cały mój udział - nie, nie ma mowy o kreacji — coraz szybciej przerzucał prostokąty. — Zredukowałem się do minimum, tu chodzi o powtarzalność, rozumiesz, to jest coś co mnie kręci - te pacany to biorą. Muszę się z czegoś utrzymywać.

— Alka... No właśnie - jest gdzieś tutaj — kilka ostatnich prostokątów rzucił z taką siłą, że rozprysły się o ścianę. — Mogę je powtórzyć, mogę je sprzedać połamane. Nie to chyba nie ta kupka — odwrócił się i zaczął przerzucać rzeczy w szafie.

— Zazwyczaj wszystko jest poukładane. Jestem bardzo pedantyczny - tylko te ciągi, wtedy się wszystko psuje. Czerwony potwór na horyzoncie.

— Nie ma jej tutaj — trzasnął ze złością drzwiczkami ostatniej szafki. — Ale to żaden problem. Podejdziesz do Hormaganta, na pewno ci da.

— Do Hormaganta — Falk się uśmiechnął. — Jak to sobie wyobrażasz, że podam mu swój bilet wizytowy, a on mnie przyjmie w pierwszej kolejności?

— Nie, nie — odpowiedział Witkacy. — On nie ma służby. Po prostu podejdziesz na Wolborską 40, wejdziesz do domu i go poprosisz.

— Tak po prostu mówisz. Przejdę przez jego ochronę, przedrę się przez sekretarzy i bez problemu spotkam się z jednym z najpotężniejszych ludzi na naszej planecie.

— On nie ma ochrony

Falk popatrzył z niedowierzaniem

— To niemożliwe.

— Po co mu ochrona? — zdziwił się z kolei Witkacy.

— A gdyby ktoś chciał go zabić?

— Wokulskiego? Czemu ktoś miałby chcieć go zabić? To tak jakby chcieć zabić Boga. Nikt się nie odważy.

— A gdyby zjawił się ktoś, kto nie uważa go za Boga?

— W Interzonie? — w głosie Witkacego wyczuł prawdziwe zdumienie. To nie była gra mająca na celu wpędzenie go w pułapkę. — W Interzonie nikt taki pojawić się nie może.

Falk zrozumiał, że to mogło stanowić jego szansę.

— Daj mi ten adres — powiedział.

 DALEJ  >> 


 RETROSTACJA © Krzysztof Janicz 2002-2008 | START | MAPA | KOMIKSY | KONTAKT |  RSS