IMĆ HORMAGANT WOKULSKI Aleksander Głowacki
 POD LUPĄ 
 
  RSS  START  CZYTELNIA  WOKULSKI  PAŹDZIERNIK 2006  <<  STRONA 4  >> 

 

* * *

Mgła kładła się po ulicy fioletowym tumanem zalegającym prostą ścieżką prosto na Wolborską 40. W tym współodczuwaniu kolorów i kształtów było coś więcej niż wyuczona na treningach Przemiany Synestezja. Bolesne dźwięki przejeżdżających dorożek rezonowały w niski przygnębiający tunel, w nieunikniony sposób kierujący go w jednym kierunku, gdy rozkładał ręce i próbował wyjść z wytworzonej przez dźwięki ścieżki, czuł jak na opuszkach palców drży wibrujące powietrze, tym silniej, im mocniej napierał na ściany tego dźwiękowego korytarza. Nawet zapach prowadził go nieomylnie prosto w stronę willi Hormaganta. Próbował przeanalizować skąd biorą się te doznania, ale rachunek cerebryczny go zawodził - nie potrafił skupić się nawet na wstępnej obróbce danych, a wyniki nieustannie objawiały się w postaci słownej sałaty schizofazji doświadczeń mijającego dnia - tak jakby wszystko to, co działo się w jego życiu wcześniej zostało zapomniane, jakby cała zdobyta przez niego wiedza i umiejętności odeszły w niepamięć, zastąpione kalejdoskopem niespodziewanych doświadczeń, które spadły na niego od momentu, gdy przekroczył granicę Interzony.

— Muszę wyczuwać Alkę — zaczął się przekonywać i natychmiast gdy o niej pomyślał, poczuł Skręt ściskający mu kręgosłup, choć jednocześnie u podstawy czaszki otwierała mu się przestrzeń, o której istnieniu nie pamiętał, czy wręcz może nigdy nie wiedział.

Chwycił płaszcz pod kołnierzem, zaraz ze Skrętem nadeszło przenikliwe zimno. Nic jednak nie dało szczelne opatulenie się, nawet przyspieszenie kroku nie mogło rozgrzać ziębnącego ciała. Powoli zaczynał przygotowywać się do starcia z ochroną starca - w zapewnienia Witkacego o tym, że Hormagant mieszka sam nie wierzył ani na jotę. Malarz raczej nie kłamał, ale zdaniem Falka po prostu nie znał całej prawdy. W tym domu musiała być ochrona, ale Falk czuł, że da sobie z nią z łatwością radę.

Gdy dotarł pod wskazany adres, kilka wręcz razy musiał sprawdzić czy rzeczywiście zgadza się numer ulicy. Choć nad drzwiami wejściowym wisiał numer 40, Falk przyglądał się tabliczce uważnie, jakby chciał dostrzec czy przypadkiem nie odpadła z niej jakaś cyfra.

Całkiem niepozorny, niewielki parterowy budynek pogrążony był w ciemności. Tylko na mansardowej powiece paliło się zimne gazowe światło. Malutka parcela również pogrążona była w ciemnościach, tylko światło padające z sąsiednich posesji rozświetlało żwirową ścieżkę prowadzącą pod wejściowe drzwi, przed którymi cumował lżejszy od powietrza geist.

Przy bramie nie było stróżówki, po posiadłości nie biegały psy. Miejsce wydawało się całkowicie niestrzeżone, wręcz gdyby nie pojedyncze światła na poddaszu powiedzieć by można opuszczone. Sam budynek był niepozorny, fasada wymagała remontu, a krzewiące się dziko w ogrodzie rośliny prosiły się o ogrodnika. Wszystkie te okoliczności nie przystawały do wyobrażeń Falka. Przystanął na chwilę by przyjrzeć się swoim emocjom, szukając w najbardziej prymarnej percepcji podpowiedzi, które pomogłyby mu w rozwiązaniu stojącej przed nim zagadki. Bez Alki wdrukowane umiejętności były jednak bezużyteczne i samo sięgnięcie do tej części jego osobowości pogłębiło tylko głód alkaloidu. Tłumiąc złe przeczucia, nieracjonalnie i bezmyślnie nie zważając na potencjalne niebezpieczeństwa, podciągnął się i przeskoczył przez płot. Żelazne ogrodzenie nie było nawet zwieńczone ostrymi szpikulcami, a kute żelazne liście ułatwiały wspinaczkę.

Bezszelestnie podkradł się na tył domu. Bez trudu znalazł piwniczne okienko - ku jemu zdziwieniu nie było nawet zamknięte, może dlatego, że było szerokie na góra półtorej piędzi. Oparł się plecami o ścianę i przez chwilę próbował, wyszukując niebezpieczeństwo, wzbudzić się w stan Czujności, ale nawet ta podstawowa umiejętność przychodziła mu teraz z trudem - przeczesał tylko kilkanaście najbliższych metrów, nie wyczuwając nikogo prócz jednej nieruchomej, siedzącej zapewne postaci kilka metrów nad poziomem gruntu. Zapamiętał sobie jej położenie i część Uwagi pozostawił śledząc jej ruchy. Sprawnie zdjął całe ubranie pozostając tylko w trykocie i po kilku rozciągających ćwiczeniach zaczął powoli przeciskać się przez małe okienko.

Gdy jego ciało układało się powoli w skomplikowany kształt, który miał pozwolić mu przecisnąć się do piwnicy, pozwolił sobie na krótką Analizę. Nieodmiennie wszystkie warianty kazały wietrzyć pułapkę. Z drugiej jednak strony, zwrotne fakty nie pozostawiały wyboru. Skręt posunął się już tak daleko, że wkrótce nie tylko nie mógłby marzyć o wykonaniu zadania, czy nawet powrocie do Anglii bez jego wykonania. Tak naprawdę wiedział, że bez Alki pozostało mu zaledwie kilkanaście godzin życia i choć był wciąż w świetnej formie, to nie dał się temu bynajmniej zwieść. Odstawienie Alki kończyło się zawsze fatalnie, a jego objawy, gdy alkaloid zostanie całkowicie wypłukany z jego krwi, rozwiną się w piorunujący sposób.

Najciężej poszło z klatką piersiową, ale odpowiednio składając żebra udało mu się przejść aż do pasa. Miękko zamortyzował upadek i w kilka chwil przywrócił kościom właściwe miejsce. Mieszkaniec domu, jeśli nie liczyć drobnych ruchów rękami, pozostawał praktycznie w bezruchu.

Powoli przechodząc na podwizję, rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znalazł. Na półkach po sam sufit piętrzyły się tysiące tabletów kopizatora. Poszukał wzrokiem wyjścia i w tej samej sekundzie mieszkaniec posesji zamigotał w jego Uwadze, zniknął z miejsca, w którym wydawało się, że siedzi i pojawił się na wprost Falka.

Zaklął z cicha - dał się złapać na skrytą bilokację. Odruchowo przyjął obronną postawę, ale siedzący przed nim mężczyzna nie poruszył się - skrzypnęły tylko cicho wielkie mimośrodowe koła parowego wózka, na którym siedział. Pyknął cicho palnik lampy i w jej świetle Falk zobaczył Hormaganta Wokulskiego.

Starzec uniósł głowę i popatrzył Falkowi w oczy:

— Skąd pochodzisz, Falk? — padło spokojne pytanie. Falk zauważył, że Wokulski automatycznym ruchem spisuje coś na tablecie kopizatora.

— Z Oranji, proszę Pana — odpowiedział po sekundzie zawahania. Jego ciało napięło się gotowe do ataku, ale jakaś cząstka w przebłysku niezrozumiałego wglądu postanowiła odegrać tę krótką scenkę.

— Urodziłeś się tam?

— Tak.

— Gdzie dokładnie?

— W okolicach Odendaalsrus — i mówiąc to przypomniał sobie swoją matkę, swój największy sekret. — Daleko od rzeki.

— Vaalrivier?

— Taaa. Jakieś dwadzieścia mil.

— Byłem tam kiedyś, nad rzeką — Wokulski przestał patrzeć na Falka, przerwał nawet na chwilę notować coś na kopizatorze — ... Jest tam takie miejsce Sam nie wiem, hodowla kwiatów, teraz wszystko zarosło, ale nadal jedziesz, kwiaty ciągną się conajmniej pięć mil, jakbyś znalazł raj na ziemi. Raj gardenii.

Wokulski poprawił opadający pled.

— Zastanawiałeś się kiedyś jak to jest móc robić wszystko? Bez żadnych ograniczeń, nie musząc zważać na opinię innych. Wszystko dosłownie wszystko — popukał w tablet. — Wszystko co przyjdzie ci do głowy, staje się rzeczywistością.

Opuścił ciężko głowę i zamilkł. Wyglądało jakby zasnął. Gdy umilkł głos Hormaganta, Falk poczuł się jakby coś w nim puściło i kontrolę przejęło spięte do walki ciało. Rzucił się w stronę wózka, środkowy palec ułożył na wskazującym i serdecznym i odbijając się lekko poszybował wyprężony jak struna, celując nim w szyję Wokulskiego.

Lecąc poczuł jak ktoś celnym uderzeniem stopy wybija go z jego trajektorii. Opadł na ugięte nogi i odwracając się zobaczył jak naprzeciw niego ląduje Nemi. Kolejne przeoczenie Uwagi.

Przez chwilę uważnie się sobie przyglądali. Nemi miała oczywistą przewagę - dwa razy widziała już go w walce. Falk mógł się tylko domyślać, przypominać sobie jak zbudowane było jej ciało, gdy obejmował ją na trahetorze, wspominając jak pracowało jej ciało, spekulować jaki styl walki preferuje.

Zaczęła powoli, rozważnie pracując środkiem ciężkości, delikatnym bujaniem unikała krótkich zwiadowczych uderzeń Falka. Walczyła trzymając w obu rękach wirujące tęczowymi ostrzami dyski, odmianę żyronoży. Falk sięgnął po nawinięty na nadgarstek shigarowy krępulec.

Dopiero po kilku sekwencjach wzajemnych ciosów, zwodów i uników, Falk poczuł, że czas podnieść nieco tempo. Niemal się roześmiał widząc jak Nemi zmienia swój rytm pod jego dyktando. Miał pełną kontrolę nad sytuacją - Iszytka stawiała stopy tam, gdzie ją zmuszał okrężnymi ruchami, zaganiając ją w upatrzone wcześniej miejsce. Musiał jednak oddać jej honor - choć nie umiała walczyć o taktyczną przewagę, jej bloki, parowania i finty były doskonałe. Jak na razie żadne ze smagnięć krępulcem, którego póki nie wywalczy przejścia w krótki dystans używał jako bicza, nie doszło do celu. Inna sprawa, że używał go bardziej po to, by wyczuć słabość w zastawie Nemi, niż naprawdę ją zranić.

Przez chwilę poczuł jak gubi kontrolę nad ich wzajemnymi ruchami, kobieta wysunęła się z wyznaczonego jej ostatnimi trzema sekwencjami trójkąta podłogi, ale natychmiast popełniła błąd i nie korzystając z uzyskanej przewagi, posłusznie wróciła w klin zakreślony przez ścianę i zasięg obu jego ramion.

Wokulski przyglądał się beznamiętnie, kilka nawet razy ziewnął, bardziej skupiał się nad trzymanym przed sobą tabletem niż nad walką, której wynik miał przesądzić o jego życiu.

Falk postanowił nie tracić więcej sił. Gdzieś w tym domu czekała na niego Alka, a nawet jeśli starzec nie trzymał tu zapasów, to znajdzie się sposób żeby zmusić go do mówienia.

Zaczął morderczy młynek nogami i sommersaultami wymierzył uderzenie prosto w głowę Nemi. Ta jednak zamiast kontynuować swoje uniki, nagle utwardziła krok, rozciągnęła się od stóp do czubków palców dłoni i uginając się lekko w kolanach przyjęła jego cios. Centymetry przed wylądowaniem Falk przeniósł balans w stopy, utwardził nogi i ściągając kręgosłup bliżej miednicy skupił całą swoją siłę w połączonych paluchach stóp, celując nimi kilka centymetrów pod kość gnykową. Cios udał się idealnie, ale Nemi nawet nie drgnęła.

Falk upadł, a Nemi natychmiast skoczyła na niego - ostrza żyronoży przycisnęła do jego gardła i krocza.

— Co wolisz? — wyszeptała nachylając się nad jego twarzą.

— Wystarczy, Nemi — powiedział Wokulski.

Iszytka wzięła zamach i uderzyła Falka w skroń.

* * *

Obudził się w ciasnym przeźroczystym worku podwieszonym pod sufitem. Był nagi, ale ktoś zostawił mu krępulec zamotany na nadgarstku. Próbował wstać, ale zapadał się w elastycznym materiale i nie mogąc złapać równowagi, natychmiast upadł. Zmagał się chwilę na leżąco, zaczął nieco szybciej oddychać i niespodziewanie poczuł jak otaczający go materiał sztywnieje i ściśle obejmuje jego ciało.

— Lekcja pierwsza. Nie walcz z ochotexem. — Popatrzył w stronę, z której dochodził głos. Z początku nie poznał spokojnego timbru Hormaganta, nie rozpoznał go również patrząc przez folię. Dopiero gdy tamten kontynuował, Falk rozpoznał w nim Wokulskiego.

— Kolejna igraszka Ochockiego. Naprawdę niewiele mu brakowało.

— Po co mnie trzymacie? — spytał Falk, a otaczający go materiał zesztywniał jeszcze bardziej.

— Przede wszystkim uspokój oddech. Po drugie mów jak najmniej. Ochotex ma pamięć stężenia kwaśnego tlenku węgla. Do pewnego poziomu na niego nie reaguje. Ale jeśli w pewnym momencie zaczniesz za dużo mówić, za szybko oddychać, zbyt intensywnie się poruszać, materiał zrobi się grubszy, sztywniejszy, mniejszy i w końcu cię zmiażdży. To działa też w drugą stronę.

Falk natychmiast uspokoił oddech i faktycznie po chwili materiał odzyskał swoją elastyczność.

— Jesteś tam gdzie chciałeś się znaleźć. To po drugie.

— Po co mnie trzymać? Przeszedłem Imprint, złamiecie mnie prędzej czy później, ale uwarunkowanie zabije mnie zanim zacznę mówić.

Wokulski się roześmiał — Naprawdę myślisz, że jest coś, co mógłbyś powiedzieć Hormagantowi w Interzonie? Nie trafiłeś tu przypadkiem. I nie o twoją śmierć chodzi — powiedział ściszając głos.

* * *

Hormagant większość dnia spędzał w pokoju z Falkiem. Starzec praktycznie nie rozstawał się z kopizatorem, nieustannie wciąż w nim notując. Pisanie przerywał tylko gdy przychodziła do niego Nemi i zabierała na krótki obiad. Falk zagubił rytm upływającego czasu, ale musiało upłynąć już kilka dni - dziwny materiał, z którego wykonano jego więzienie w niezrozumiały sposób wyrzucał na zewnątrz jego odchody. Ktoś musiał przychodzić sprzątać je, gdy drzemał. Nie czuł głodu, ale co najdziwniejsze, nie czuł potrzeby Alki. Była to pierwsza rzecz, o którą zapytał Wokulskiego.

— Nie potrzebujesz już jej — odpowiedział starzec i wrócił do swoich notatek.

Falk zaczął się domyślać, że jego kokon był nie tylko więzieniem, ale zarazem wyrafinowanym szpitalnym łóżkiem wyposażonym w zmyślnie zminiaturyzowane urządzenia do podtrzymywania życia.

Pozostałe pytania Hormagant ignorował, czasem tylko zdarzało mu się mruknąć — Złe pytanie. —  Falk nie wiedział jaki był cel tego wszystkiego.

Dużo czasu poświęcał na Analizę i choć brakowało mu danych, to wciąż i wciąż odblokowywał ślady pamięciowe z ostatnich kilku dni, wyświetlając na powiekach wszystko, co przydarzyło się od walki z Zaszytym w pociągu. Wreszcie po kilkunastu takich sesjach zaczął rozumieć dodatkowe warstwy tych wydarzeń.

— Ty jesteś starcem z laski? — spytał wtedy Wokulskiego.

— Wreszcie zaczynasz się nad tym zastanawiać — odpowiedział Wokulski — ale to nadal nie jest właściwe pytanie.

Falk wrócił więc do swoich Analiz. I gdy przyglądał się swoim wspomnieniom po raz setny, zrozumiał wreszcie co umknęło jego uwadze.

— Co zapisujesz na kopizatorze? — otworzył oczy po Analizie i zapytał starca.

Zobaczył jak Wokulski odkłada rysik i zaciska dłonie na poręczy fotela.

— Alka stworzyła wielu nadzwyczajnych ludzi. Tysiące albo dziesiątki tysięcy. Milionom przedłuża życie. Setki przeszły Przemianę. Setki zostało Zaszytych. Ale jest grupka wyjątkowych - ty, Ochocki, Ciołkowski, młody Churchill, Tesla, babcia Ada i ten zgrzybiały starzec Carlyle. Ale mój talent jest jedyny w swoim rodzaju. Ja stworzyłem Interzonę, ekstrahowałem Alkę. Cały ten hydrauliczny system władzy ma jeden kurek - Interzonę. Stąd wysyła się Alkę na cały świat. A Interzona jest w moich rękach. Na tym tablecie zapisuję Interzonę. Codziennie od nowa. Nie myśl, że chodzi o to że zapisuję polecenia, rozsyłam je do podwładnych, zbieram zwrotne dane. Ja nie zarządzam Interzoną. Ja ją piszę, codziennie piszę wszystko co się w niej dzieje, dopisuję ważne postaci gdy ich potrzebuję. Wszystko co się w niej kiedykolwiek wydarzyło jest gdzieś tutaj na tych półkach — machnął dłonią na zastawione ściany. — Taki talent wyzwoliła we mnie Alka.

Falk milczał przez chwilę, włączył analityczny rachunek i wkrótce uzyskał wynik. To co mówił starzec, choć brzmiało nieprawdopodobnie, w najlepszy sposób tłumaczyło fakty. Tłumaczyło niemal wszystko oprócz jednego:

— Tym bardziej nie rozumiem do czego ci jestem potrzebny.

— Jestem już stary, potwornie stary. Nie mam już siły pisać. Mogę napisać wszystko oprócz jednej rzeczy. Przypomnisz sobie. Przypomnisz sobie wszystko co zabrała ci Alka. A wtedy zrozumiesz po co się tutaj znalazłeś.

Odjechał kawałek wózkiem i odłożył tablet na półkę. Z półeczki z boku wózka wyjął nowy, ale po chwili zastanowienia wziął również ten, który przed chwilą położył.

— Obserwuję cię od bardzo dawna. Falk Van Breyun. Czy może powinienem cię nazywać tak jak nazywała cię twoja matka - Ishdlewano. Nazywała cię też swoją małą białą nadzieją. Tylko że ty nie mogłeś pogodzić się z tym, że twoja matka jest kolorowa, chociaż ty masz białą skórę. Ale Durunna była bardzo uparta, upór miała po swoim burskim dziadku. Znałem bardzo dobrze ten upór, wiele razy go doświadczyłem.

Falk zdał sobie nagle sprawę, że jego więzienie zesztywniało i zmniejszyło objętość. Od kilku dobrych chwil oddychał za szybko. Próbował się uspokoić, ale czuł tylko nienawiść do tego starca.

— Potrzebowałeś tej cząstki krwi, żeby nie stać się Zaszytym. My biali potrafimy tylko dzielić. Twoi brytyjscy władcy i ich rasistowskie bzdury, myślałem że Alka zetrze je w proch. Co za ironia - rozkwitły jeszcze mocniej. Do czego przyda ci się twoja nienawiść? Może po to, żeby zrobić pierwszy krok. Tylko co zrobisz z nią dalej? Ja już nie mam więcej historii do spisania. A tej ostatniej nie da się napisać.

Westchnął i wykonał ruch jakby mył ręce.

— Wiesz, szybko się okazało, że jeden człowiek ma niewiele do powiedzenia. Większość z nas jest wyznawcami Kościoła Nowego Ładu Carlyle'a - kultywujemy jednostkę, nie wierzymy w masy. Ironia. Jestem najpotężniejszym herosem z was wszystkich, tak przynajmniej się mówi. To czysta fikcja - moje historie skończyły się już dawno, muszę wciąż i od nowa przepisywać opowieści innych. Wielka jednostka nic nie warta bez innych. I jedyna nadzieja taka, że jest coś większego niż wszystkie te słowa razem wzięte. Na to czekam...

Urwał, otworzyły się drzwi wejściowe i stanęła w nich Nemi.

— Czas na Święto Plonów — dygnęła. — Wszyscy czekają na rozpoczęcie uroczystości. Przygotowałam hormagancki ornat.

— Moja zabawa w Boga — Wokulski westchnął ciężko, odłożył zapisany tablet na ziemię pod więzieniem Falka i pchnął wózek w kierunku wyjścia.

* * *

Leżąc w swoim kokonie, obserwował jak na jego powierzchni rozbłyskują odbicia kołysanych przeciągiem gazowych palników.

"Przypomnij sobie" - dźwięczało w uszach Falka, te słowa Hormaganta wciąż do niego wracały, a im dłużej się nad nimi zastanawiał, tym bardziej traciły przez ciągłe powtarzanie swój sens, by zamienić się w końcu w uporczywe "przypomnijsobieprzypomnijsobieprzypomnijsobie", wciąż powtarzane miękkim głosem Wokulskiego. I to brzmienie właśnie, jedyne co zostało z tego zdania, nagle zaczęło nabierać innego znaczenia. W głowie Falka zaczęły przewijać się wspomnienia tak odległe, że wyzbyte wszelkiego kontekstu, doświadczenia czystych zapachów, dźwięków, ludzkich twarzy i dawno zapomnianych miejsc. Dolina Vaalrivier, słoneczne popołudnie. Dawno zapomniany spacer z rodzicami. Jego matka, wysoka, groźnie wyglądająca Mulatka i ojciec. Pozwolił płynąć swobodnie wspomnieniom, ale już wiedział czyją twarz zobaczy, gdy ojciec za chwilę odwróci się w jego stronę, wiedział też, że powie tym spokojnym tonem "Muszę jechać synu, minie trochę czasu zanim się zobaczymy".

Lekki ucisk w żołądku przypomniał dawno zapomniane uczucie. Mrowienie w końcach palców. Niechęć i tęsknotę, cały ten ocean sprawnie do tej pory kontrolowanych emocji zaczął nagle wypływać do jego świadomości. Zaczął się lekko trząść, gdy przewalały się przez niego wszystkie te wstrzymywane obrzydzenia, które powinien odczuć już dawno temu, a które tak skutecznie wyparł jego trening. W kilka chwil przeżył skumulowane uniesienia, dumę, ale też strach, zmęczenie, nienawiść, gniew, całą gamę odczuć do tej pory mu niedostępnych. Nie mógł tego znieść i chcąc ukrócić swoją męką, sięgnął po krępulec. Owinął go wokół szyi, ale nie potrafił go zacisnąć. Ogrom targających nim odczuć sprawił, że zwinął się w kłębek, popadając w stupor. Nie był w stanie ruszyć rękami, czuł, że nie jest w stanie nabrać powietrza. Nie potrafił zwalczyć tego uczucia, powoli osuwał się w omdlenie, nie mogąc już dłużej walczyć o oddech.

Gdy się ocknął leżał na ziemi. Kokon, w którym był uwięziony zwisał luźno nad jego głową. Policzek opierał na pozostawionym przez Wokulskiego tablecie kopizatora.

Uniósł się na rękach i jego wzrok przyciągnęły napisane w jednej z ostatnich linijek słowa: Uniósł się na rękach i jego wzrok przyciągnęły napisane w jednej z ostatnich linijek słowa. Cofnął wzrok i czytał dalej: ...nie mogąc już dłużej walczyć o oddech. Stracił przytomność bronić się przed napływem wszechogarniających uczuć, ale nawet to nie pomogło. Leżał nieprzytomny w swoim kokonie drżąc na całym ciele. Z rozchylonych ust pociekła strużka śliny. Nagle całe jego ciało zaczęło się prężyć w konwulsjach wbijając się spazmatycznie w ściany jego więzienia. Ochotex zaczął pochłaniać dwutlenek węgla, ale zanim zdążył zesztywnieć, napad się skończył i Falk zawisł bezładnie w kokonie. Epileptyczny atak zamienił się w letarg. Z rzadka nabierał powietrza, powierzchnia skóry zaczęła stygnąć, jego ciało powoli umierało. Prawie już nie oddychał, więc poziom dwutlenku węgla w jego więzieniu opadł poniżej krytycznego poziomu i stopniowo materiał stawał się delikatniejszy od bibuły. W pewnym momencie rozdarł się pod ciężarem ciała. Falk upadł na ziemię. Gdy się ocknął...

Tę część już czytał, przeskoczył oczami kilka linijek dalej i kontynuował lekturę:

Falk podniósł się i nie odrywając wzroku od kopizatora ruszył przed siebie. Skręć w prawo — czytał — przejdź prosty korytarz, schodami na górę. Na półpiętrze drzwi po lewej. Później prosto korytarzem, aż do dębowych drzwi na końcu.

Uchylił je i wszedł do rozległego pustego pomieszczenia. Pod przeciwległą ścianą na prostym, choć bardzo masywnym krześle z wysokim oparciem siedział mężczyzna. Na pierwszy rzut oka trudno poznać było w nim Hormaganta. Ubrany był w złotą ceremonialną szatę, a rozbudowany kapelusz bogato zdobiony klejnotami położył u swojego boku. Słysząc skrzypnięcie drzwi, uniósł głowę.

— Przyszedłeś, synu.

Nie odpowiedział, podszedł tylko bliżej.

— Nie mam już więcej sił. Wiem, że ty też masz ten dar. Musisz to ode mnie przejąć. Musisz pisać Interzonę dalej.

Falk nie słuchał starca. Podszedł do niego jeszcze bliżej. Tutaj słowa na kopizatorze się urywały.

Stał przed swoim ojcem i przyglądał się jak ciężko pracuje klatką piersiową, przytłoczony ciężką ozdobną szatą. Wokulski patrzył mu w oczy i czekał.

— Napisałem co się dało — powiedział Wokulski. — A teraz potrzebuję twojej pomocy.

Falk podszedł bliżej. Mdlące uczucie czaiło się gdzieś tuż pod żebrami, ale przemógł je i podszedł jeszcze krok, tak że poczuł starczy zepsuty oddech swojego ojca.

Odwinął powoli ze swojej szyi shigarowy krępulec i jednym sprawnym ruchem odciął nim Hormagantowi głowę.

 DALEJ  >> 


 RETROSTACJA © Krzysztof Janicz 2002-2008 | START | MAPA | KOMIKSY | KONTAKT |  RSS